wtorek, 6 maja 2014

Na rowerze, przez Białowieże



U mnie to już tak bywa, że od kilku lat najważniejszym wypadem roku jest tradycyjna wakacyjna wyprawa rowerowa. Plan już jest trzeba tylko wypróbować sprzęt zakupiony w zimie, przetestować rower na nowy sezon i rozruszać kości. Dlatego też powstał w mojej głowie pomysł nazwany „ściana wschodnia”. Chciałem przejechać z Rzeszowa wzdłuż naszej wschodniej granicy rowerem. Miało mi to zająć około 10 dni. Plan ten jednak spalił na panewce, nie byłem w stanie znaleźć nikogo, kto by mi towarzyszył. Nie miałem też ochoty jechać sam, więc zmniejszyłem nieco skalę całego przedsięwzięcia i umyślałem wyjazd około weekendowy, czyli 4 dniowy, do którego już znalazłem kompanię. Ten wyjazd miał trochę inaczej wyglądać. Miał być bardziej spektakularny ale ta okrojona wersja też okazała się bardzo ciekawa.


Bardzo wcześnie rano umówiliśmy się z kierowcą naszej wyprawy Patrykiem. Droga daleka, maneli mnóstwo i to wszystko, łącznie z rowerami trzeba załadować do samochodu (i na samochód). Patryk ma sporą wprawę, więc przed pierwszymi promieniami słońca już jechaliśmy na północ. Po około 5-6 godzinach jazdy byliśmy już w Siemiatyczach, które miały się stać naszą bazą wypadową. Około 10 zaczęliśmy wypakowywać sprzęt, zmieniać ciuchy na bardziej obcisłe i przed południem byliśmy już na trasie. Wiatr we włosach, piękna pogoda, rower sam jedzie . Taki rodzaj turystyki lubię najbardziej. Zima naprawdę była w tym roku łagodna, więc nie można mówić o czymś takim jak koniec lub początek sezonu rowerowego. To lubię najbardziej. Turystyka rowerowa ma tą przewagę nad każdą inną, że wszędzie możesz się zatrzymać i wszystko sfotografować. Ot, na przykład zrobić sobie zdjęcie przy strumieniu „Mahomet”. Ta nazwa niewątpliwie wiąże się z tym, że jest to ziemia, na którą Islam miał duży wpływ i przetrwał tam do czasów obecnych. Trasa łatwa, lekka i przyjemna, cały czas po płaskim, żadnych górek, choć drogi bywały gruntowe a nawet piaszczyste, co wymagało pchania roweru. I oczywiście u mnie pojawiła się pierwsza przebita dętka. Naprawiłem ją błyskawicznie, ale okazało się, że problem jest poważniejszy ale nic, z czym nie można byłoby sobie poradzić nawet w warunkach polowych. Cały dzień jazdy dał nam sporo satysfakcji. Szczególnie ucieszyło nas  gdy wieczorem na liczniku pojawiła się trzycyfrowa liczba. Ja niestety musiałem po raz kolejny zmienić dętkę. Wada konstrukcyjna koła do spółki z lekko przechodzoną oponą postanowiły skrócić mój wieczorny relaks. Obfita kolacja godna rowerzysty, który przejechał 100 km. Zimne piwko i spać. Jeszcze muszę wspomnieć o miejscu na nocleg. Na skraju puszczy było miejsce przeznaczone do palenia ognisk, które doskonale nadawało się na biwak. Wszystko było ok, ale noc okazała się bardzo zimna i już z pierwszymi promieniami słońca (przynajmniej w większości) opuściliśmy namioty i zaczęliśmy czynić przygotowania do wyjazdu.


 Strumień "Mahomet"

 Zapomniany pomnik wojenny 
 
 Dinozaury też były

 Wsie o podwójnych nazwach  
 
 Przyjemne miejsce na nocleg już w Parku Narodowym 

 
Dzień poprzedni obfitował w ciekawostki folkloru takie jak białoruskie wsie, a dzień drugi to już 100% obcowania z przyrodą. Białowieski Park Narodowy jest bardzo dobrze przygotowany na przyjęcie rowerzystów. Szlaki płaskie jak stół, choć szutrowe. Drogi dobrze oznaczone, nie sposób się zgubić. Widoki tylko jakieś monotonne. Jechaliśmy np. prostą drogą, która miała pewnie ponad 10 km biegnącą cały czas przez las. Takimi ścieżkami przejechaliśmy około 30 km a jedynym urozmaiceniem od zielonego lasu było jedno jedyne jezioro jakoś w połowie tej trasy. Nasza ekipa rozdzieliła się na dwie, ponieważ część pojechała szukać magicznego miejsca mocy czy czegoś takiego. Znaleźli je, ale super siły nie posiedli hehe. Po południu dojechaliśmy do miejscowości Białowieża – serca parku narodowego. Zjedliśmy tam porządny obiad, który podziałał na nas niczym szpinak na Popeya dlatego miałem wrażenie, że rower sam jedzie. Z Białowieży przejechaliśmy, pod granicę Białoruską. W sumie nic ciekawego szkoda, że bez wizy nie ma wstępu, bo zaliczyłbym kolejny kraj, w którym jeszcze nie byłem. Skończyło się na tym, że pomachaliśmy Łukaszence i zawróciliśmy rowery. Kolejna część trasy to nadal same lasy. Już późno wieczór dojechaliśmy do miejscowości Siemianówka, w której znaleźliśmy nocleg. Piwko, solidna kolacja i spać. Siemianówka to mieścina złożona z kilkunastu domów a słynna ze względu na malowniczy zalew.


 Białowieski Park Narodowy 
 
 Granica białoruska 
 
 Gdzieś na trasie
 
 Żubrowa Sztafeta 

Poranek przyniósł nam kolejne siły do jazdy, ale Siemianówka okazała się punktem najbardziej wysuniętym na północ, który osiągnęliśmy na tym wyjeździe. Wieczorna analiza mapy wykazała, że jeśli chcemy zdążyć do samochodu w wyznaczonym czasie to musimy już kierować się w stronę Siemiatycz. Trasą wracaliśmy inną jednak widoki były podobne, wioski, wioseczki, lasy laseczki hehe. Bardzo przyjemna trasa na rower, lecz monotonna. Był dzień, gdy zdrowo po południu zorientowałem się, że od rana nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Po prostu niewiele się działo. Miło się jednak jechało i dzięki temu bez większego wysiłku codziennie udawało się przejechać około 100 kilometrów, co jest wynikiem dobrym. Cały dzień pogoda była niepewna, padała jakaś mżawka, czasem gęstszy deszcz, ale gdy dotarliśmy do Bielska Podlaskiego i jedliśmy ogromną pizze rozpadało się na dobre. Jak zamówiliśmy dwie te pizze giganty właściciel lokalu przyglądał się nam z za kontuaru czy podołamy. Ale wiadomo: głodny rowerzysta zje dużo. I cała pizza została pochłonięta, choć chwilę to trwało. Deszcz dalej padał, więc znaleźliśmy kolejną przyjemną knajpkę i zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Nie było to trudne i po wykonaniu trzech telefonów zaklepaliśmy miejsce w schronisku młodzieżowym obok stadionu. Warunki były skromne, ale przyjemnie się spało. Jeszcze przed wieczorem okazało się, że nie jestem jedynym „szczęściarzem”, który łapie dętki na tym wyjeździe. Kilka piwek, rozrywka w postaci kupionego w markecie magazynu Bravo (cholera nie miałem pojęcia, że to dalej wychodzi) i spać.


 Zalew w Siemianówce

 Na trasie
 
 Takie nazwy...
 
 Chyba jedyna atrakcja Bielska Podlaskiego

Pozostało nam jeszcze do przejechania około 50 kilometrów. Niby niedużo, ale około południa chcieliśmy ruszyć w kierunku Rzeszowa. Droga przez kolejne wioski, ładnie, słonecznie, ale trochę monotonnie. Tu musieliśmy się rozdzielić, bo damska cześć naszej ekipy stanowczo zaprotestowała przeciwko jeździe ruchliwą główną drogą (te tiry to utrudniają życie rowerzystom) i nasz delegat Patryk ruszył rowerem do Siemiatycz a my zrobiliśmy sobie 30 km objazd po okolicznych wioskach. Spotkanie nastąpiło gdzieś w połowie drogi miedzy Bielskiem Podlaskim a Siemiatyczami. Wydarzenie, które miało miejsce na sam koniec było naprawdę interesujące. Spotkaliśmy  francuskiego rowerzystę jadącego z Odessy na Nordkapp (szacun!!!). Gość nam pokazywał swoje rowerowe CV. Coś imponującego, wszystkie kontynenty (oprócz tego gdzie cały czas jest śnieg) zjeździł na rowerze. Podziwiam i obym ja kiedyś też dorobił się, choć w niewielkim procencie czegoś podobnego.




 Przyjemny dzień na rower 
 
 Pakowanie gratów i do domu

I to w zasadzie koniec opowieść. Wyjazd treningowy został zaliczony. Rower działa tak jak zwykle: z humorami. Do tego zdążyłem się już niestety przyzwyczaić, ale utwierdza mnie to w przekonaniu, że niedługo trzeba będzie mojego czarnego rumaka wymienić na nowszy model.




Więcej obrazków z Białowieży

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Saloniki



Są takie momenty w moim życiu, gdy uświadamiam sobie, że jestem jednak uzależniony od podróżowania. I to podróżowania do miejsc ciepłych. Zima w tym roku była, co prawda łagodna, ale mi już się tęskniło za ciepłymi i słonecznymi dniami. Korzystając z faktu, że Ryanair uruchomił loty z Modlina do Salonik postanowiłem zakosztować trochę więcej słońca. Nie podobało mi się, że znowu będę leciał z Modlina, ale już chyba przyzwyczaiłem się do regularnego odwiedzania tego lotniska. Początkowo miąłem lecieć sam, ale na tydzień przed wylotem dołączyła jeszcze moja siostra i ostatecznie razem wybraliśmy się do Grecji. Dodatkowym bodźcem do wylotu był fakt, że moja stopa nigdy wcześniej nie stanęła na greckiej ziemi. Początkowo plany miałem bardzo ambitne. Przede wszystkim chciałem odwiedzić Klasztory Meteora. Myślałem też o jednodniowej wycieczce w okolice góry Olimp. Była taka możliwość, bo miałem w Salonikach pięć dni, a oba te miejsca nie są bardzo oddalone od miasta Białej Wieży. Nie odwiedziłem jednak żadnego z tych miejsc i już spieszę wyjaśniać, dlaczego. Meteory okazały się mało przyjazne dla turysty indywidualnego. Miałem nadzieję, że uda mi się złapać jakiś wczesny autobus, pojadę, zwiedzę i wieczorem ruszę w drogę powrotną, bo ceny noclegów w pobliżu klasztorów są zaporowe. Okazało się jednak, że pierwszy autobus wyjeżdża dopiero o 8 rano i jest na 11 na miejscu. Dodatkowo recepcjonista w hostelu powiedział mi, że te klasztory są wcześnie zamykane. Wyszło na to, że na zwiedzanie miałbym maksymalnie 4 godziny. Nie wspomnę też o niewspółmiernej do odległości cenie biletu z Salonik. Bardziej opłaca się wynająć samochód na jeden dzień. Niestety ze mnie kierowca jest kiepski, Grecy jeżdżą „po swojemu” wiec pomysł z samochodem szybko upadł. Akurat jak wyjeżdżaliśmy to w naszym hotelu pojawiła się parka, która miała podobny problem jak my i postanowiła jednak auto wynająć. Szkoda, że to nie było dzień wcześniej, bo byśmy się z nimi zabrali. Co do masywu Olimpu to chciałem go zobaczyć, ale niekoniecznie na niego wchodzić. Już od pewnego czasu nie jestem wielbicielem chodzenia po górach. Wkurza mnie noszenie ciężkiego tobołka na plecach. Chyba wygodnicki się zrobiłem odkąd często podróżuję rowerem, bo tam cały ładunek w sakwach i nic nosić nie trzeba. Góry też sobie darowałem, bo w sumie ciśnienia wielkiego nie miałem a i Saloniki okazały się świetnym miastem do zwiedzania. Albo raczej do „gubienia się”. Takie miasta są moimi ulubionymi. Gubisz się, znajdujesz, co chwilę wpadasz na inną ciekawą rzecz. Mnogość uliczek wąskich i zawiłych, i przede wszystkim mnóstwo zabytków. Nigdy nie wiesz, na co i gdzie trafisz. Wchodzisz na osiedle a tam w samym środku, miedzy blokami średniowieczna świątynia. Idziesz się wysikać za supermarket i trafiasz na klasztor o kilkusetletniej historii. Dla mnie to była rewelacja. Cały dzień mogę łazić bez mapy i tylko wpadać na takie miejsca. I tak też robiliśmy. Każdy dzień rozpoczynał się w zasadzie tak samo: śniadanie (pyszne sery, oliwki z bazaru, świeże pieczywo)wyjście z hostelu, skręcenie w losową uliczkę i błądzenie. Choć nie powiem, miałem kilka punktów, które chciałem znaleźć. Najłatwiej trafić do słynnej Białej Wieży leżącej na wybrzeżu. Ładna, ale niezbyt imponująca. W środku muzeum przedstawiające historię miasta i portu, a ze szczytu widok na centrum. Kosztuje to niewiele, więc warto iść. Kolejne miejsce to Łuk Galileusza pozostałość po rzymianach. Też łatwo trafić, bo z Białej Wieży jest bardzo blisko. Jeśli chodzi o zabytki rzymskie to jeszcze mamy atrakcje w postaci rzymskiego forum. Można zapłacić i wejść do środka a można też obejść chodnikiem na około zupełnie za darmo. Ja nie jestem wielbicielem takich ruin, bo według mnie jak już człowiek zobaczy jedne to wszystkie kolejne są podobne. Ja mam na liście jeszcze Troję, do której muszę pojechać, a pozostałe tego typu ruiny chyba sobie mogę darować. Obowiązkowo należy za to odwiedzić Twierdzę Heptapyrgion. Położona jest ona dość daleko od centrum, ale łatwo trafić, bo miejsce to góruje nad całym miastem. Spacer pod górę jest meczący, ale widoki rekompensują wysiłek. W twierdzy było kiedyś więzienie, co dodatkowo dodaje klimatu. Warto też wspomnieć, że zwiedzanie jest zupełnie darmowe.  Zapomniałbym jeszcze o jednym z najważniejszych zabytków: rotundzie Świętego Jerzego. Jest to imponujący okrągły kościół, który kiedyś był meczetem, ale został przechrzczony. Imponujące miejsce. W środku był remont, więc wnętrze nie prezentowało się, w 100% ale i tak robiło wrażenie. I oczywiście dla wielbicieli tematów mrocznych polecam Katakumby Świętego Dymitra. Ja spodziewałem się większej ilość zwłok, ale było ok. Atrakcja też za 0 euro. Jeśli chodzi o te najważniejsze punkty to w zasadzie tyle, ale nie zapominajmy o tym, co napisałem wcześniej. Całe miasto ma mnóstwo poukrywanych kościołów kaplic, klasztorów, ruin, murów, łuków, które warto znaleźć samemu. Albo warto na nie po prostu wpaść. My zwiedzaliśmy miasto w sposób dość metodyczny. Tak, aby przejść maksymalnie dużo i znaleźć jak najwięcej. Zawsze jednak znalazł się czas na przerwę na coś w rodzaju burka znanego każdemu, kto kiedykolwiek podróżował po Bałkanach. W Grecji nazywa się to inaczej, ale zapomniałem jak. To był nasz główny posiłek dnia. Wspaniałe też słodycze i winko. Piwko natomiast, jak nie trudno się domyślić, jakości kiepskiej. Najpopularniejszy jest „Spartan”, który dobrze schłodzony nadaje się do spożycia. Raz wybraliśmy się z myślą wypicia „Spartana” na plaży. Minus Salonik jest taki, że całe wybrzeże jest zabetonowane. Jest to fajne miejsce na przechadzki, można posiedzieć na ławeczce, wypić rzeczone piwko, ale plaży w centrum nie ma. Polecano nam jedną oddaloną o jakiś 20 kilometrów od miasta, ale ja nie miałem ochoty na wyprawę komunikacją miejską, wolałem się przejść. Znalazłem na mapie zaznaczone jakieś miejsce, które może plaże przypominać. Szliśmy, bez oszukiwania, z trzy godziny żeby dojść do tego miejsca, które ostatecznie okazało się szerokim na może 4 metry kawałkiem kamienistej plaży leżącej za garażami. Ale wato było się przespacerować, bo miasto zdalna od centrum też jest ładne. Może nie jakoś szczególnie ciekawe, ale dobrze się prezentuje. Mieliśmy też dzień muzeów. Ze względu na to, że w pracy pilota nachodzę się po muzeach sztuki w których dominują obrazy grubych dziadków na koniach albo po muzeach historii z tomami świstków nadającymi prawa miejskie jakimś dziurom, to na wyjazdach omijam je szerokim łukiem. Jestem natomiast wielbicielem muzeów przyrodniczych (to zboczenie jeszcze mam ze studiów) oraz wszelkich dziwacznych muzeów. Lepiej te muzea określić, jako nietypowe. I dla ludzi takich jak ja Saloniki mają swoją ofertę. Pierwszym muzeum jest Muzeum Kina Greckiego. Bardzo ładnie urządzone, można tam spędzić mnóstwo czasu pod warunkiem, że zna się grecki. Filmy oczywiście były w tym języku, miałem trochę za złe, że nikt nie pomyślał o napisach po angielsku czy o jakiejkolwiek informacji w języku Szekspira. Widocznie muzeum skierowane jest wyłącznie do Greków a nikt nie przewidział tego, że znajdzie się jakiś wariat spoza tego kraju, którego zainteresuje grecka kinematografia. Polecam jednak to muzeum, bo można się dobrze ubawić a cena przystępna. Muzeum numer dwa do odwiedzenia to Muzeum Olimpijskie. Nie wiem czy ja jestem taki dziwny, że lubię takie miejsca, ale chyba niewiele osób podziela moje pasje, bo przez dwie godziny zwiedzania byliśmy w środku tylko ja mi moja siostra. Kasjerka sprzedająca bilety też była wyraźnie zdziwiona, że ktokolwiek tu trafił. Najwięcej turystów szturmuje ponoć Muzeum Kultury Bizantyjskiej. Ale znowu obiegam od tematu. Muzeum Olimpijskie super. Mamy chronologicznie poukładane pamiątki z każdej olimpiady. Ja najbardziej skupiłem się na olimpiadzie w Moskwie, która miała kuriozalną maskotkę będącą skrzyżowaniem niedźwiedzia, chomika i ryjówki. Pochłonęła mnie też ekspozycja z pierwszej nowożytnej olimpiady w Berlinie, na której to lansował się malarz pokojowy z zabawnym wąsikiem. Medale ozdobione maleńką swastyką robiły wrażenie. Polecam to muzeum nawet jak ktoś ma tak małe pojecie o sporcie jak ja. Ciekawe miejsce i ludzi zero, można odpocząć od gwaru centrum.

 Biała Wieża 
 
 Widok ze wzgórz na miasto 
 
 Takie niespodzianki mogą się zdarzyć na środku blokowiska 
 
 Katakumby Świętego Dymitra
 
 Rzymskie ruiny 
 
 Łuk Galileusza

 Port 
 

 Na szczycie Białej Wieży 
 
 Może nie sezon ale zrywać można 
 


 Muzeum Olimpijskie 
 


 Twierdza na wzgórzu 
 
 I jak tu się nie zgubić?

Żeby teraz tak zebrać to wszystko do kupy. Saloniki. Czy warto? Warto, ale trzeba się przygotować na to, że nie jest to miejsce jak z bajki z pięknymi plażami i palmami. Jest to mix starożytnych budowli i brzydkich blokowisk. To miasto gwarne i głośne. Ja jednak jestem zachwycony, bo tak jak pisałem na samym początku: miejsce wyjątkowe dla ludzi, którzy lubią błądzić po wąskich uliczkach i odkrywać tajemnice miasta na własną rękę. Miasto idealne do całodziennego włóczenia się po knajpkach. Dobrze, że ten kierunek zaczął latać z Polski. Oby jeszcze Ryanair uruchomił loty do Aten, bo to miasto też mam wielką ochotę zobaczyć…




poniedziałek, 17 marca 2014

Weekend w dziwnych miejscach



Marzec miałem bardzo zajęty przez mnogość fajnych koncertów w różnych miastach, więc turystyczne eskapady były trochę odsunięte na dalszy plan. Na szczęście postanowiłem parę miesięcy wcześniej kupić tanie bilety do Wrocławia z zamiarem odwiedzenia kumpla w Zielonej Górze. Zielona Góra to przyjemne dla oka miasto, ma palmy, ma deptaki, ma myszkę miki, za której obrażanie można skończyć na intensywnej terapii, ale niewiele więcej. Zielona Góra jest po prostu ładna. To tyle. Padł więc koncept na wyjazd. Pomysł o tyle dziwny, że postanowiliśmy zwiedzić coś, co jest unikane chyba przez wszystkich. Wschodnią granicę Niemiec mianowicie (bez Berlina czy Drezna, bo tam już byłem). A że ja na takie dziwactwa jestem nastawiony pozytywnie, więc powstał jakiś tam plan wycieczki. Dokooptowałem jeszcze jednego kumpla i PolskimBusem skoro świt wystartowaliśmy do Wrocławia, a tam przesiadka na pociąg do „Zielonki”. Coś tam piwka w międzyczasie wypiliśmy. Po spotkaniu w Zielonej wybraliśmy się na obchód miejscowych knajp. Szczególnie polecam „4 Róże dla Lucienne”. Jak będzie ktoś w Zielonej to grzech nie wstąpić. Dodatkową atrakcją był koncert białoruskiej kapeli punk folkowej, na którym to stanowiliśmy prawie połowę widowni hehe.


Rano należało odczekać aż minął efekty uboczne dnia poprzedniego i po południu ruszamy w kierunku granicy. Po drodze wstąpiliśmy do Lubuskiego Muzeum Wojskowego w Drzonowie. Muzeum takie sobie, ale zdjęcia zajebiste hehe. Potem Gubin. Ciekawe miasto na granicy z imponującymi ruinami katedry. Ale nas bardziej interesowała niemiecka cześć miasta i tego, z czego jest sławne (albo niesławne). Mianowicie z plastinarium. Co to takiego to plastinarium już śpieszę wyjaśniać. Jest to miejsce, w którym preparuje się zwłoki (głownie ludzkie), aby uzyskać z nich preparaty anatomiczne. Akurat to niemieckie plastinarium para się jeszcze sztuką wykonaną ze zwłok. Pamiętam, że gdy do Polski przyjechała wystawa „rzeźb” tego typu to fakt ten wywołał święte oburzenie, co bardziej ciemniejszej (na umyśle) części społeczeństwa. Ale to jeszcze nie czas na relacje z tego miejsca, bo przyjechaliśmy wieczorem i już było zamknięte. Na szczęście udało nam się dostać do środka w drodze powrotnej. Dalej pojechaliśmy zobaczyć wspaniały pomnik komuny, jakim jest miasto Eisenhüttenstadt. Po co tam pojechałem? Po prostu lubię tę toporną architekturę, lubię patrzeć na fabryki, huty, kopalnie. Poza tym foty z takich miejsc są świetne. Tak było i teraz. Jak nie trudno się domyślić centralnym i najważniejszym punktem miasta, do którego biegnie główna ulica jest oczywiście huta. Budynki charakterystyczne dla socrealizmu i bardzo ładne murale. Następnym punktem programu było Cottbus albo, jak kto woli Chociebuż będący stolicą ciekawej krainy nazywanej Dolnymi Łużycami. My dotarliśmy na miejsce dość późno, więc zdążyliśmy jeszcze przespacerować się po centrum, zakupić pokaźną ilość miejscowych piw (najlepszych pszeniczniaków na świecie) i udaliśmy się szukać miejsca na spanie. Zaparkowaliśmy pod jakimś płotem na zadupiu, otworzyliśmy piwa i relaks. Nie do końca. Wdzieliśmy z daleka jakiegoś gościa gadającego przez telefon i za chwilę zjawili się jacyś strażnicy, którzy kazali nam opuścić to miejsce. Wytrwali byli, bo jechali za nami z 20 km. Taki to mieliśmy „pościg” na niemieckich drogach. W końcu dobrze po północy znaleźliśmy dobre miejsce koło torów, dopiliśmy piwka i udaliśmy się na spoczynek.






Muzeum Wojskowego w Drzonowie

 Gubin



 Eisenhüttenstadt


Cottbus nocą
 
Rano jak to po nocy w samochodzie: człowiek jest wymięty jak po wirowaniu we „Frani”. Wracamy, więc do Cottbus pozwiedzać i coś zjeść. Najpierw wizyta w „kuchni orientalnej”. Kebab smaczny i za 3 euro, więc byłem usatysfakcjonowany. Potem galeria sztuki nowoczesnej z zajebistą instalacją ogródka wyciętego z papieru. Potem przejazd do Parku Branitz. Ciekawe miejsce wybudowane przez człowieka o imieniu Hermann Fürst von Pückler, który wymyślił sobie trawiaste piramidy. Imponujące i jedyne takie w Europie (ponoć), choć wydaje mi się, że jakby było bardziej zielono to widoki by były znacznie lepsze. Kolejny punkt programu naszej wycieczki to odkrywkowa kopalnia węgla brunatnego Tagebau Garzweiler. A po drodze jeszcze niespodzianka. Nie pamiętam dokładnie miejsca, w którym to było, ale w pewnym momencie zorientowaliśmy się ze jedziemy przez opuszczone miasto. Bardziej wioskę niż miasto, ale zawsze. Okazało się ze była tam kiedyś cegielnia (albo coś w ten deseń) i gdy ją zamknęli wszyscy się z tej mieściny wynieśli. Było tam na pewno ponad 30 opuszczonych domów, wielki zakład, kominy, magazyny. A wszystko to na naprawdę wielkiej powierzchni to też włóczyliśmy się tam ponad 3 godziny. Świetne zdjęcia. Po raz kolejny napiszę, że jarają mnie takie miejsca. Lubię się po nich włóczyć z aparatem. A to miejsce było wybitne. Ale dobra koniec końców trzeba było jechać dalej. Tagebau Garzweiler to gigantyczne miejsce. Nie do końca mieliśmy koncepcje jak tam dojechać i jak znaleźć dobre miejsce żeby coś zobaczyć. Rozwiązanie jak zwykle przyszło samo. Jak skierowaliśmy się na główne wejście (wjazd) do kopalni zobaczyliśmy wielki znak „punkt widokowy”. Do niego był jeszcze kawał drogi, ale mogliśmy podziwiać to wszystko, że tak powiem od zaplecza. Karczowanie lasu, sadzenie nowego na miejscu wykopów, kolej kopalnianą, potężne ciężarówki. Ale gdy w końcu dotachaliśmy na ten punkt widokowy naszym oczom ukazał się ogrom całego przedsięwzięcia. Po horyzont krajobraz jak z innej planety. Gigantyczne koparki i pustka jak okiem sięgnąć. Skłania taki krajobraz do refleksji na tematy człowiek vs natura. I teką też dyskusję podjęliśmy. W Polsce też są przymiarki do budowy tego typu kopalni w lubuskim. Czy to dobry pomysł? Chyba nie, bo tego typu wydobycie jest niewiarygodnie inwazyjne dla natury. Ja w każdym razie bym chyba poszedł protestować na „nie”. Nasze nastroje po opuszczeniu tej kopalni były mieszane. Nigdy czegoś podobnego nie wiedziałem i mam nadzieję, że w Polsce nigdy czegoś takiego nie zobaczę. Dalsza droga kierowała nas w stronę granicy Polskiej. Po drodze kolejne miejsca opuszczone, czyli to, co ja i mój aparat lubimy najbardziej. Mnóstwo takich miejsc na pograniczu. Aż dziw nieraz bierze, bo cześć przygraniczna jest uderzająco podobna do Polski. Biednie, wyludnione wioski, dość mało zaawansowane technicznie rolnictwo. No jak nie Niemcy. Na nocleg postanowiliśmy udać się do kraju ojczystego, bo zdecydowanie taniej. Znaleźliśmy na stacji benzynowej numer do jakiegoś kolesia. Wykonaliśmy telefon, ziomek zaaferowany i chyba zdziwiony przyjechał po nas na stacje, ale okazało się, że mieszka tylko 100 metrów dalej. Fajna chata cała dla nas, więc postanowiliśmy pozbyć się skrzynki niemieckich browarów przy wynalazku przez każdego z nas niezmiernie rzadko używanym. Telewizor, bo o nim mowa, był czymś nowym i ciekawym. Szczególnie interesujący wydał nam się program czeskiej telewizji emitowany zdrowo po północy. Był to mianowicie telequiz z debilnymi pytaniami typu: wybierz kare, wylosuj puzzle, pokrzycz przez 5 minut do słuchawki z tym, że w bardzo nietypowej konwencji. Czeszka, która go prowadziła miała nietypowy sposób zachęcania do dzwonienia. Z każdym telefonem ściągała jedną cześć garderoby. Oglądaliśmy ten pokaz z zapartym tchem niczym najlepsze kino akcji .




 Cottbus w dzień

 


 Parku Branitz






 Opuszczona wioska 
 


 Tagebau Garzweiler

 Kolejne opuszczone miejsce 
 
Rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Cel: plastinarium. Po drodze trafiliśmy jeszcze do imponującego pałacu w Brodach. Pałac do niedawna był w ruinie a teraz jest remontowany. Klimat zwiedzania był konkretny: gęsta, zimna pogoda, chmury i wiatr grający na rusztowaniach niekiepski dark ambient hehe. Po drodze do Gubina kolejna masa opuszczonych domów, całych wiosek, podupadłych gospodarstw, zniszczonych dworków. Obraz dość przygnębiający. Dojeżdżamy jednak go Guben. Kupujemy bilet (12 euro) i wchodzimy do plastinarium. Główny punkt naszej wycieczki. Coś, do czego się zbierałem już od bardzo dawna, ale jakoś nigdy nie miałem po drodze. Od razu napisze, że nie jest to miejsce dla każdego. Dla mnie jest to połączenie nauki ze sztuką nowoczesną. Uważam, że warto robić takie rzeczy i je pokazywać. Przede wszystkim, dlatego żeby każdy miał świadomość jak ludzkie ciało jest zbudowane, jak funkcjonuje i jak wygląda. Co do tej sztuki to jest to sprawa bardziej kontrowersyjna.  Ja nie widzę problemu w tym, że ktoś zgadza się żeby obciąć mu po śmierci głowę i przyłączono np. do tułowia krowy. Ktoś się zgadza: no problem. Krowy, co prawda się nikt nie pytał o zdanie, ale jakoś mi się nie wydaje żeby też ktoś się pytał jakiejkolwiek krowy o to czy chce być kotletem mielonym. Jeśli chodzi o samo muzeum to rewelacja. Świetna ekspozycja rozpoczynająca się pokazem przygotowania zwłok do utrwalenia. Demonstracja rozłupywania czaszki za pomocą grochu nam się bardzo spodobała. Potem kolejna sala. Po prawej preparaty anatomiczne a po lewej całe laboratorium, w którym zwłoki się przygotowuje. Fascynujące niezmiernie i warte zobaczenia. W tym miejscu zwróciłem uwagę na rodzinę z dziećmi w wieku 6 i 8 lat czy coś koło tego, którym rodzice wszystko dokładnie tłumaczyli. I super. Popieram. Niech dziecko zobaczy jak to wszystko wygląda i funkcjonuje. Dzięki temu będzie miało większy szacunek dla życia, gdy zrozumie, jakie ono jest skompilowane. Lepsze to niż wmawianie dzieciom, że ulepili je z gliny albo z błota albo, że przyniósł je bocian albo, że to pan Bóg je stworzył. Dyskusje pozostaje jedynie, kiedy dziecko należy w ten sposób zaznajomić z anatomią. My toczyliśmy podobne dyskusje jednocześnie zwiedzając i podziwiając np. niewiarygodnie wypreparowany układ krwionośny serca. Dalsza cześć to już większe kuriozum, bo kolejna sala zawiera zwierzęta, ale ujęte w dość nietypowych sytuacjach. Niesamowita jest żyrafa na palmie z czymś w rodzaju skrzydeł z otwartych żeber albo przekrój  przez słonia. Mnie też ujął model układu krwionośnego człowieka w formie kolejki wmontowanej w gigantyczny szkielet. Pomysł wspaniały. Dalej zwłoki grające w piłkę nożna, siatkówkę, krowy, pegazy i największe kuriozum na koniec: postać składająca się z wielu zwłok rozpostarta jak latawiec a po spodem sofa na relaks hehe. No i to byłby koniec. Polecam to miejsce każdemu, kto ma otwarty umysł zarówno na sztukę jak i na naukę. Mam natomiast nadzieję, że nie znajdzie się nikt, kto po tej opowieści postanowi pojechać do Guben tylko po to żeby klepać zdrowaśki za dusze nieboszczyków tak okrutnie potraktowanych oraz grzeszników, którzy niewątpliwie spalą się w piekle za oglądanie takich rzeczy. I to w zasadzie koniec wyprawy.





 Pałacu w Brodach









 Plastinarium w Guben

Powrót do Zielonej, spanie i rano pociąg do Wrocławia. Tam mieliśmy trochę czasu wiec poszliśmy do galerii sztuki nowoczesnej przeniesionej do fajnego budynku byłego bunkra niemieckiego. Jak ktoś nie wie jak trafić to niech pyta o „pociąg do nieba”. Co to takiego? Sprawa wyjaśni się na miejscu hehe. Galeria okazała się przysłowiową wisienką na torcie tego weekendu w dziwnych miejscach.