niedziela, 9 lutego 2014

Cypryjskie urodziny




Koniec obfitego w podróże roku 2013 przyniósł niepokój o wyjazdy w roku 2014. Niby chęci są, ale bilety jeszcze nie kupione? Tym bardziej, że zbliżają się wielkimi krokami moje 30 urodziny i tej okrągłej rocznicy pojawiania się na świecie nie miałem zamiaru spędzać w zimnie, deszczu i śniegu. Na szczęście pojawiły się tanie bilety na Cypr, znalazł się też kompan wyprawy. Pozostało jedynie rezerwować miejsca w samolocie czekać na dzień 30 stycznia, który nadszedł niespodziewanie szybko. PolskiBus do stolicy, potem przesiadka na lotnisko Modlin. Ależ ja nie lubię tego lotniska. Ktoś mądry inaczej wpadł na wspaniały pomysł podniesienia prestiżu naszej kochanej stolicy za pomocą drugiego lotniska. Jakby było komuś mało, że Okęcie to zaściankowy i mikroskopijny w skali światowej port lotniczy to jeszcze należało otworzyć jeszcze jeden, jeszcze mniejszy, jeszcze bardziej niemiły. Nie lubię latać z Modlina niestety zmuszony jestem często z niego korzystać, bo przecież z niego lata się najtaniej. Lot na Cypr oczywiście był z przesiadką. Tym razem padło na Oslo Rygge, małe norweskie lotnisko na zadupiu, na którym przyszło mi już kiedyś nocować. Ale wróćmy do samego lotu. Oczywiście kierunek oblegany przez polską emigrację, co było dość wyraźnie widać słychać i czuć. Jakby ktoś się łudził, że tym razem było inaczej to nie było. Gromkie oklaski po wylądowaniu przyprawiły pewnie pilota o rumieńce na twarzy a szczere podziękowania dla pana Jezusa o szczęśliwe dotarcie do celu na skrzydłach aniołków zapewne było słychać aż pod kołem okołobiegunowym. Oprócz tych standardowych ekscesów nic ciekawego podczas lotu się nie wydarzyło. Przylot do Oslo Rygge rozpoczynał nasz 24 godzinny pobyt w Norwegii, który postanowiliśmy sobie umilić za pomocą litrowej wody ognistej zakupionej na bezcłowym (zaleta tego, że Norwegia jest poza Unią). Trunek ten rozpoczęliśmy konsumować przed lotniskiem w niedalekich krzaczkach a że pora była zimowa to zmarznąwszy na kość przenieśliśmy się do terminala lotniczego. Ryzyko, że zostaniemy bezdomni z powodu spożycia na terenie lotniska było wysokie ale Polak oczywiście potrafi. Kubeczki po kawie i drink gotowy. Spało się po nim znakomicie, ale wczesna pobudka skłoniła nas do jakiejś aktywności. Wyszliśmy z lotniska i przypadkowy zupełnie Litwin podwiózł nas do centrum Moss. Tam chwilę połaziliśmy, zrobiliśmy skromne zakupy i już na piechotę, kończąc przywiezione z ojczyzny dobra wróciliśmy na lotnisko. Ze względu na rodzaj drinka, którym się raczyliśmy zostało wymyślone powiedzenie „Cola Zero Godności”. Wieczorem mieliśmy kolejny lot, w dobrych nastrojach wsiedliśmy do samolotu i koło północy wylądowaliśmy na kolejnym mikroskopijnym lotnisku w Pafos. Od razu uderzyła nas wysoka temperatura, przyjemne powietrze i szum morza. Tak. Lotnisko leży  zaledwie rzut kaloszem od plaży. Mieliśmy tam spać, więc udaliśmy się prosto na wybrzeże gdzie po krótkim poszukiwaniu znaleźliśmy miejsce dla siebie. Małą altankę- w zasadzie przeznaczoną do grillowania, ale nam nadała się znakomicie na mieszkanie. Nad ranem było trochę zimno i należało zastosować sposób bezdomnych na rozgrzewkę (nie, nie denaturat): gazety pod ubraniem.


 Wycieczka do Moss
 
 W oczekiwaniu na kolejny lot

Poranek słoneczny, zbieramy się i ruszany na podbój wyspy. Tempem spacerowym opuściliśmy okolice lotniska, kawałek podjechaliśmy stopem, potem kolejny spacer i kolejny stop. I tak docieramy do Limassol. Ponieważ to miasto w stylu „nic ciekawego” wiec od razu obraliśmy kurs na pobliskie słone jezioro. Tam miały być flamingi. Jezioro było, flamingów brak. Ja mam już jakiegoś takiego farta, że za każdym razem jak jadę oglądać flamingi to ich nie mogę spotkać. Cóż kiedyś się uda. Trochę połaziliśmy po wybrzeżu, wszystko opuszczone, nie ma żywej duszy.  Wydawało by się że to wspaniałe miejsce na nocleg, lecz nie do końca,  od morza okrutnie wieje. Dodatkową trudnością był fakt, że mieliśmy namiot, ale bez kijków, te zostały nam zabrane już na lotnisku w Warszawie. Technicznie sprawę ujmując byliśmy bezdomni. Na szczęście niedaleko od wybrzeża znaleźliśmy miejsce wręcz dla nas idealne. Drewnianą konstrukcję do obserwacji ptaków pachnącą jeszcze nowością. Zgodnie stwierdziliśmy, że miejsce jest zajebiste a fakt jego istnienia należy uczcić wybraniem się do najbliższego sklepu po napoje wyskokowe oraz inne smakołyki. Operacja zakupowa zajęła nam niewiele ponad godzinę, ale w międzyczasie zdążyło się już ściemnić. Na szczęście nasze „mieszkanie” pozostało bez lokatorów, więc usadowiliśmy się na schodach i zaczęliśmy degustacje. Ja spożywałem lokalne winko, które jednak nie było wybitne w smaku i leżałoby w Polsce zaledwie półkę wyżej niż Cervantes. Miłosz natomiast postanowił wypróbować kolejny lokalny browar (było ich łącznie dwa, Keo już piliśmy i było powiedzmy, ok.)Leon. Piwo to było tak obrzydliwe, że Miłosz ostatnią puszkę z sześciu wlewał już na siłę i nawet ja nie byłem mu w stanie pomoc, bo sam zapach tego wyrobu doprowadzał mnie do zawrotu głowy (albo raczej odwrotu głowy). Jak nietrudno się domyśleć noc przespaliśmy twardo i obudziliśmy się na długo po tym jak pojawiły się pierwsze promienie słońca.


 Noclegowa altanka


 Limassol

 Nocleg w budce do obserwacji ptaków

 A z niej taki widok

 
Zwinęliśmy nasz barłóg, poszliśmy do pobliskiej galerii handlowej, aby dokonać porannej toalety i udaliśmy się do centrum. Centrum niewielkie, przyjemne, jedna fajna ulica, kilka ciekawych knajpek, przyzwoita plaża. Ale nie to było ważne, a fakt, że był to dzień moich urodzin, co oczywiście sprawiło, że pierwsze piwo Keo otworzyliśmy przed południem. Potem kolejne i kolejne. Ale było to dla mnie niesamowite doświadczenie, bo przez 29 lat nie wiedziałem jak to jest mieć urodziny w ciepły i słoneczny dzień. Teraz już wiem. W międzyczasie przemieściliśmy się z Limassol do Larnaki. Larnaka, to miasto w 100% turystyczne. W lutym niemal do połowy opuszczone, w którym zasadniczo oprócz plaży nie ma nic. Ale plaża była, piwko było, więc i wesoło było . Zaczęło się stopniowo ściemniać, od morza zaczął wiać zimny wiatr i za bardzo nie było gdzie ułożyć się na nocleg. Miłosz jednak wpadł na rewelacyjny pomysł, że pójdziemy spać na lotnisko. Terminal był około 4 kilometrów od centrum, więc spacerowym krokiem byliśmy na miejscu po zmroku. W międzyczasie dokupiliśmy srebrzystego trunku, kolejne braki uzupełniliśmy na lotnisku (cena była o dziwo przyzwoita) i tak obserwując przyloty i odloty kontynuowaliśmy imprezkę. Noc na lotnisku w przypadku, gdy się z niego nie leci to nie taka prosta sprawa. Na szczęście przygotowaliśmy się sprawdzając poranne odloty. Ułożyliśmy się wygodnie na krzesłach i spaliśmy miej więcej do 3. O tej godzinie sześciu strażników zainteresowało się nami i postanowiło stanowczo sprawdzić czy nie jesteśmy jakimiś menelami. Ja również stanowczo odpowiedziałem jesteśmy pasażerami porannego lotu do Sofii o godzinie 9.20 a bilety zamierzmy kupić rano. Wystarczyło.


 Wymeldowanie z hotelu





 Zwiedzanie centrum  Limassol i urodzinowa impreza

Larnaka
Jakbym jednak leciał do tej Sofii to bym przespał samolot, tak się przyjemnie spało. Rano „prysznic” w toalecie, śniadanie i przed 11 wyjechaliśmy do Nikozji. Byłem strasznie ciekaw tego miasta. W końcu to jedyna na świece stolica, przez którą przechodzi granica. Kojarzyło mi się to trochę z podzielonym swego czasu Berlinem i muszę przyznać, że dalej mam to skojarzenie przed oczami. Nikozja przywitała nas wydarzeniem w postaci obchodów chińskiego nowego roku. Codziennie impreza: lubię to hehe. Z dworca autobusowego krok do głównego deptaka, ale pogubiliśmy się parę razy, bo mapy nie mieliśmy a info centrum zamknięte. Podczas zwiedzania Nikozji mogliśmy podziwiać tą słynną granice zbudowaną z beczek po ropie, zniszczone i opuszczone całe dzielnice. Robiło to wrażenie. Kolejna atrakcja to sama granica. Mamy główny deptak w mieście na nim coś w rodzaju budki z fastfoodem, w której mieści się cypryjska kontrola granica a dalej „budka z popcornem” z kontrolą turecką gdzie wypełniamy coś w rodzaju wizy i na tej wizie dostajemy pieczątki, nie do paszportu. Oj przepraszam Tureckiej Republiki Cypru Północnego uznawanej, jako państwo …. Tu zagadka. Oczywiście jedynie przez Turcję. Prowadziliśmy z Miłoszem wiele rozmów na ten temat. Jak to się stało, że obce państwo weszło i sobie po prostu wzięło pól czyjegoś kraju. Choć patrząc na Cypryjczyków, których ulubionym zajęciem jest leżenie pod drzewem i popijanie wina jakoś mniej mnie dziwi, że inwazja nie została odparta. Czy Cypr ma jakąkolwiek armię? Nie mam pojęcia, ale sądzę, że jeśli tak to przypomina ona polską straż miejską w uprawnieniach i sprawności działania. Ale wracając do wyjazdu. Granicę przekroczyliśmy błyskawicznie i znaleźliśmy się w trochę innym miejscu (przypominam, że to cały czas ta sama ulica) gwar, kolory, zapachy już z kraju bardziej egzotycznego. Waluta inna, inni ludzie. Jakoś więcej zabytków. Strona turecka zdecydowanie bardziej atrakcyjna. Przyjemne knajpki z tureckimi specjałami oraz oczywiście ze słynnym piwem Efes, które od teraz było z nami codziennie. Towarzyszył nam też tradycyjny arabski bajzel, czyli nikt nie gada po angielsku i nikt nic nie wie. Albo raczej wie doskonale, ale ni cholery nie potrafi nam tej wiedzy przekazać. Udało nam się w końcu złapać busa do mieściny nadmorskiej o nazwie Kyrenia. Tam planowaliśmy w końcu jakiś uczciwy nocleg, bo już parę nocy bez dachu nad głową mieliśmy za sobą. Miałem zanotowane kilka adresów z hotelami po taniości. Wybrałem losowo jeden i po wielkich trudach znalezienia kogoś, kto rozumie dwa słowa po angielsku zostałem skierowany do busa. Szefowa (chyba) jakiegoś biura podróży wyjaśniła kierowcy gdzie chcemy jechać. Moja wiedza podpowiadała mi, że hotel jest w tej mieścinie a jazda przedłużała się dość poważnie, jak minęło pół godziny to zacząłem się zastanawiać gdzie nas wywozi ten kierowca a po 40 minutach zacząłem martwić się o moje organy wewnętrzne. W busie oczywiście nikt po angielsku nie gada (szok to był spory, po cypryjskiej stronie każdy mówi po angielsku). Na szczęście po około 45 minutach zatrzymujemy się a kierowca nas woła i coś pokazuje. Zaraz przy chodniku jest nasz hotel. Oczywiście cena była do negocjacji, więc ostatecznie padło na 25 euro za pokój i 3 euro za śniadanie. Wypas na grandę. Widok na morze, widok na góry. Z bezdomności w luksusy. Ponieważ już było pod wieczór postanowiliśmy, że dalszą cześć dnia spędzimy na relaksie. Poszliśmy do pobliskiego sklepu, kupiliśmy piwko i bardzo tani miejscowy gin. Wahałem się trochę czy kupować go za 7 zł, ale okazało się, że jest całkiem dobry tym bardziej jak się go pije z cytryną zerwaną przy drodze. Ciekawostka kolejna: w pokoju był telewizor, który odbierał kilka kanałów arabskich i polskie Disco TV. Wymyśliliśmy z tej okazji ciekawy konkurs: zgadywanie tytułów piosenek. Disco Polo charakteryzuje się tym, że człowiek potrafiący wysłowić się w miarę zrozumiałą polszczyzną może być gwiazdą tej muzyki, więc i konkurs okazał się niezmiernie prosty. Do dziś opamiętam zdanie: „Nie ma bata, ten kawałek po prostu musi nazywać się Drink z pomarańczą”. I tak się właśnie nazywał hehe. Zabawa nam się jednak szybko znudziła, bo „Drink z pomarańczą” leciał 4 razy na godzinę.


 Chiński Nowy Rok w Nikozji 
 



 Słynna granica
 Posterunek graniczny...
 
 ... i ten sam po stronie tureckiej


 "Turecka" Nikozja
 
 Nasz hotel - z biedy w luksusy 
 
Dzień następny to ponowne opływanie w luksusy. Śniadanie było warte swojej ceny. Po dotychczasowej diecie pasztetowej rarytasy serwowane w hotelu były pochłaniane przez nas w ogromnych ilościach. Najedliśmy się do tego stopnia, że po posiłku musieliśmy chwile odpocząć. Odpoczynek przemienił się w spanie do 13. Po 13 stwierdziliśmy zgodnie, że „tak k…. być nie może, jesteśmy na Cyprze trzeba coś robić” i wybraliśmy się w pobliskie góry. Fajne miejsce, mili pasterze, piękne widoki na morze, potem turecki kebab i wieczorem próbowanie kolejnych specjałów tym razem padło na whisky za 9 zł. Ja koneserem nie jestem, ale dla mnie był to trunek nadający się do spożycia ze smakiem.






 Wycieczka w góry w okolicy Kyrenii 
 
 Po wysiłku piwo Efez - moja mina sugeruje smak tego piwa

Kolejny dzień był dniem smutnym, bo trzeba było opuścić luksusy i znowu stać się niedomytym bezdomnym. Po drodze do granicy jeszcze zwiedzanie Kyrenii. Bardzo ładne miasto. Świetny stary port i twierdza (wstęp 5 euro wart zapłacenia, bo widoki piękne). Okazało się też, że w mieście zaraz koło portu jest hostel za 8 euro. Trochę mnie to wkurzyło, bo przed wyjazdem nie znalazłem żadnego hostelu, a tu proszę. Jak koś woli mniej „all inclusive” warunki to niech wbija do hostelu. Wyglądał przyzwoicie. Jeszcze turecka herbata, busik (tym razem nieco przepłacony bo cennik oczywiście „ruchomy”) i znowu Nikozja. Granica nie przestawała mnie fascynować, coś kuriozalnego zupełnie a jednocześnie smutnego. Kojenia wizyta w „budce z hot dogami” i wracamy do cypryjskiej części miasta, tam 2 godzinki czekania na autobus do Pafos, piwko i jedziemy. Szkoda, że ten autobus nie miał żadnych postojów, bo słynną skałę Afrodyty widzieliśmy przez szybę. Tu nachodzi mnie mała refleksja. Bardzo fajnie zwiedza się takie turystyczne wyspy po sezonie, ale nie można nie odnieś wrażenia, że są to miejsca mało przyjazne dla turysty indywidualnego. Autobusy kursują, co prawda często, są tanie (Nikozja – Pafos 7 euro) ale jeżdżą tylko między dużymi miastami. Jeśli ma się ochotę zobaczyć coś innego to trzeba pomyśleć nad wynajęciem samochodu albo autostopem. Mimo wszystko na pewno warto lecieć. Zawsze warto. Wieczorem docieramy do Pafos. Nocleg mamy zaklepany dopiero na następny dzień, więc trzeba się jakoś przekimać. W centrum odpada, ale powstał plan żeby jechać na lotnisko. Okazało się, że z miejsca w którym wysiedliśmy jadą na lotniska tylko dwa autobusy dziennie (co godzinę kursują z okolic portu) i jeden za chwilę będzie jechał. Nie wiadomo było, co oznacza „za chwilę”. Na szczęście udało się zrobić,zdążyć na autobus i  koło 22 zjawiliśmy się przed terminalem. Ale mieliśmy namiot, więc postanowiliśmy go w końcu użyć. Z tym namiotem to za dużo powiedziane. Przed wyjazdem kupiłem najtańszy namiot, jaki był na allegro bo nie chciałem ryzykować utraty części mojego „codziennego” namiotu. Przeszukałem przed wyjazdem Internet w poszukiwaniu informacji czy da się przepchnąć namiot w bagażu podręcznym i nie znalazłem jednoznacznej odpowiedzi. Postanowiłem, więc sam spróbować. Okazało się, że już na lotnisku w Warszawie kijki zostały nam zabrane. W Oslo kontrola jeszcze bardziej ostra, więc tam nie było nawet najmniejszych szans przenieść stelaża (w Oslo zabrali mi nawet pastę do zębów, którą woziłem samolotem wielokrotnie a Miłosza omal nie aresztowali za posiadanie pasztetu „made from chicken” hehehe). Ale wróćmy do Pafos i okolic. Namiot rozbiliśmy za pomocą sznurówek i kamieni, wypiliśmy piwo i winko (tym razem nie trafiłem, smakowało jak nasz rodzimy siarkofrut ale, że swego czasu opiłem się tych wynalazków sporo więc z sentymentu obaliłem całe) i ułożyliśmy się spać.


 Kyrenia 
 
 Bez tureckiej herbaty nie da rady 
 
 Port



 Widoki ze szczytu Zameku Girne

Noc była zimna ,więc wcześnie się zwinęliśmy, złapaliśmy autobus do centrum i znaleźliśmy nasz hostel. Miejsce najtańsze na mapie noclegowej Pafos kosztowało nas i tak 12 euro a syf tam był niemiłosierny. Ponoć cena była posezonową promocją, bo normalnie koszt za noc zaczyna się od 25 euro. Za taki syf tyle płacić? Takie ceny w kurortach niestety. Pafos ładne, ale małe, więc jeden dzień w zupełności wystarczy na zwidzenie.





 Pafos

Wieczorem piwko i rano trzeba biec na samolot. Co ciekawe do Norwegi leciało z nami maksymalnie 30 osób, więc rozwalony na trzech fotelach czułem się jak w klasie biznes hehe. Potem kolejne 24 godziny na lotnisku Rygge umilane tym razem przez ouzo. Nie wiem jak mnie Miłosz namówił na ten trunek. Chyba cena zdecydowała. Ja nie cierpię anyżu, więc męczyłem się okrutnie pijąc ten specyfik, ale zasnąłem po nim momentalnie. Wszystko by było ok gdyby nie pobudka o 5 rano i nawet fakt, że byliśmy schowani w słynnym miejscu „pod schodami” nie pozwolił pospać dłużej. Oczywiście powrót do Polski w towarzystwie „kwiatu polskiej emigracji” dostarczył nam sporo rozrywki. Szczególnie zabawny był pan, po czterdziestce  który podczas lotu obalił pewnie z 8 puszek piwa z bezcłowego oraz człowiek, który nie był w stanie zrozumieć prośby stewardessy „no foto”. Pozostawiam to bez komentarza. Potem moje „ulubione” lotnisko, pociąg, w centrum wizyta w „Spiskowcach Rozkoszy” i PolskiBusik to prawie jak dom.


Podsumowując: wyjazd naprawdę udany. Trochę lata w zimie, piękne widoki i niewątpliwa egzotyka, ciekawe miejsca i przemili ludzie. Z minusów to, to o czym wcześniej wspomniałem. Wyspa kompletnie nieprzygotowana na turystę indywidualnego. No i ceny… Teraz było drogo, ale w sezonie ponoć ceny zaporowe. Czy polecam? Jeśli uda się kupić bilet za mniej niż 300 zło to jasne, ale moja dobra rada jest następująca: od razu bierzcie autobus do Nikozji i jedzcie  na turecką stronę. Dużo taniej, dużo przyjemniej.


wtorek, 3 grudnia 2013

Rewolucyjny Kijów



Wyjazd do Kijowa miał być typowo turystycznym wypadem do stolicy, której jeszcze nie zwiedzałem. Okazało się jednak, że mnie i mojemu kompanowi Miłoszowi, przyszło uczestniczyć w początkach niezwykle ważnych dla Ukrainy wydarzeń…

Wyjazd ten był bardzo spontaniczny. W przypadku wyjazdu do Kijowa nie ma potrzeby wcześniejszego rezerwowania biletów czy noclegów. Siedząc w knajpie z Miłoszem w pewien sobotni wieczór i pijąc piwo dyskutowaliśmy o tym, że od Oslo nigdzie nie byliśmy. Kijów chodził nam już po głowie, ale w ten wieczór postanowiliśmy przekuć tą myśl w czyn. Ustaliliśmy, że startujemy we wtorek 26 listopada. Jeśli chodzi o wyjazdy Miłosz to jest konkretny człowiek, więc jak już się zdecyduje to nie ma zmiłuj. Tradycyjnie jednak w niedzielny poranek zdzwoniliśmy się potwierdzając ustalenia sobotniej nocy już na trzeźwo. Plan powstał na szybko, bo w zasadzie nie ma, co obmyślać. Znalazłem tylko jakiś przyzwoity hostel i zarezerwowałem w nim dwie noce.

We wtorek bladym świtem (w zasadzie ciemną nocą) ruszyliśmy pociągiem w kierunku Przemyśla. Potem przesiadka na bus do granicy. Przejście piesze i już Ukraina. Wymiana gotówki, zakupienie prowiantu i za chwilę nasza marszrutka rusza w kierunku Lwowa. Muszę nadmienić, że wyjazdy na Ukrainę mają swoją specyfikę. Nie ma, co ukrywać: jadąc na wschód pije się dużo. Powodów jest kilka. Pierwszy to oczywiście cena i jakość. Za niewielkie pieniądze można kupić znakomitą wódkę. Kolejny powód to temperatura. Na naszym wyjeździe może nie było jakiś ekstremalnie niskich temperatur, ale zimno było.  Wiadomo, że jak się nie ma na podorędziu gorącej herbaty to, co grzeje najlepiej…? Trzeci powód pijaństwa na tym wyjeździe to zwyczaje. Ciężko jest Ukraińcom odmówić „horiłki”. Dla nich człowiek niepijący to ktoś podejrzany albo dziwny… Dodatkowo w czasach rewolucji wódka staje się niezbędnym elementem podnoszącym morale i zachęcającym do większego poświecenia dla sprawy. Na naszym wyjeździe były wszystkie te czynniki, więc piliśmy bardzo dużo. Już w marszrutce rozpoczęliśmy pierwszą flaszeczkę ognistego napoju. Zmarzliśmy okrutnie na granicy, więc rzeczona butelczyna nie doczekała do bram wspaniałego miasta Lwowa. Gdy na horyzoncie zaczął majaczyć kościół św. Elżbiety mieliśmy już wyśmienite humory. Pierwszą i najważniejszą rzeczą do załatwienia we Lwowie były bilety na dalszą drogę. Wysiadamy, więc z busa i szybko maszerujemy na dworzec kolejowy. Tam okazuje się, że biletów na pociąg, którym chcieliśmy jechać (23 z minutami) już nie ma. Kupiliśmy, więc bilety na pociąg o 20 (do bani, bo przyjazd do Kijowa na 4 czy 5 rano). Ciekawe, że w tym momencie brak biletów nie dał mi do myślenia… Coś się jednak musi na tej Ukrainie dziać. I się działo… Po załatwieniu biletów czas na zwiedzanie.

Miłosz był we Lwowie pierwszy raz, więc postanowiłem go trochę oprowadzić. Nie mogę powiedzieć żebym Lwów znał dobrze, ale zdarzało mi się kilka razy po Lwowie oprowadzać, więc to i owo wiem. Zabrałem Miłosza na ekspresową przechadzkę po starym mieście z zaliczeniem punktów takich jak: Prospekt Swobody, Opera, Ratusz, Katedra Ormiańska, Katedra św. Jury, kościół Jezuitów, słynny pomnik „Babki Kiepskiej” (chodzi oczywiście o Nikifora) i pomnik Mickiewicza. Miłosz oczywiście zachwycony. Nie ma się, co dziwić. Nie mam pojęcia ile razy byłem już we Lwowie, ale ponad 20 na pewno a zawsze mnie to miasto zachwyca. Zawsze znajdę jakąś uliczkę, kamienicę, zakamarek, knajpę czy pomnik, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Uwielbiam włóczyć się ulicami Lwowa i po prostu chłonąć ten klimat. Wspaniałe miasto, jedno z moich ulubionych. Ale Lwów to nie tylko zabytki. To miasto ma też bardzo bogate życie rozrywkowe. Knajp jest mnóstwo a ja postanowiłem wypić po piwku z Miłoszem w tych najciekawszych. Oczywiście zaczęliśmy od słynnej, chyba już na cały świat, „Kryjówki”. Żeby nie psuć Miłoszowi niespodzianki kazałem mu tylko zapamiętać hasło hehe. Jak się już jest kolejny raz w tym lokalu to wrażenie są mniejsze, ale nie zmienia to faktu, że knajpa jest rewelacyjna. Coś w rodzaju okopów, wszystko stylizowane na czasy wojny i ani słowa o niuansach związanych z animozjami pomiędzy naszymi przodkami. Dla mnie to jest mądre podejście, bo ja nie jestem wielbicielem grzebania w historii i rozdrapywania jakiś zabliźnionych ran. Ale nie o tym miało być, a o części imprezowej naszej wycieczki. Do „Kryjówki” zawsze warto wstąpić na lane piwko „Stare Miasto”, które ja bardzo lubię. Choć pamiętać należy, że ceny są tu takie jak w polskich knajpach. Kolejny punkt programu zwiedzania lokali: „Dom Legenda”. To tam ostatnio najczęściej imprezuje jak jestem we Lwowie. Ceny podobne jak w „Kryjówce”, ale mają tam dobrą promocję na dzban piwka. Ta knajpa jest magiczna. To najlepsze określenie. Cała kamienica to jeden wielki lokal. W każdej sali jest odmienny klimat a tym, co łączy poszczególne pomieszczenia w jedną całość jest to, że pracują tam wyłącznie karły, jako kelnerzy. Warto też wybrać się na dach knajpy (tylko do 22!!) bo widok na stare miasto jest bardzo ładny a dodatkowo czeka tam na nas kolejna niespodzianka hehe. Na tych dwóch miejscach w zasadzie zakończyła się nasza przygoda na starym mieście. Ponieważ do pociągu mieliśmy jeszcze ponad dwie godziny był czas na zrobienie zakupów na drogę oraz wizytę w słynnej przydworcowej (mniej więcej) knajpce „Biała Czajka”. Knajpa ta została przeze mnie odkryta przy okazji wieczoru kawalerskiego mojego kumpla. Od tej pory zawsze jak jestem we Lwowie staram się zaglądnąć, odwiedzić sympatyczną panią za ladą i wypić, choć „kieliszok horiłki”. Tak było i tym razem z tym, że skończyło się na dwóch piwach kilku kieliszkach i solidnej porcji pierogów na głowę. Jak nie trudno się domyślić humory nam dopisywały, gdy maszerowaliśmy na pociąg. Weszliśmy na peron, znaleźliśmy nasz wagon, zameldowaliśmy się u prowadnika i idziemy szukać miejsc. Ponieważ miejscówki były prawie zupełnie wykupione nam przypadły najgorsze: na korytarzu, górna koja… „Bedze ciężko” pomyślałem. Okazało się, że obok naszego stanowiska ma miejsce niezła impreza. Wszyscy biesiadnicy wyszli na papierosa, ale po bogactwie, które leżało na stole wnioskowałem, że możemy znaleźć wspólny język. Gdy pociąg miał już ruszać i wszyscy pasażerowie powrócili na swoje miejsca okazało się, że cały nasz wagon to studenci jadący protestować na Majdan. Przełamywanie lodów nastąpiło błyskawicznie:

Student: „Wy na rewolucje?”
Ja: „Tak”
Student: „Pijecie horiłku?” (podnosząc w górę kieliszek i 0, 7 „złotego kłosa”)
Ja: „Tak” (wyciągając z plecaka nasz specyfik)

Mina prowadnika była bezcenna, gdy po 5 minutach od ruszenia przechodził przez nasz wagon. Komitywa była taka jak byśmy się z tymi studentami znali parę lat hehe.
Potem sprawy potoczyły się już bardzo szybko. Okazało się, że od nich z uniwersytetu jedzie cała delegacja żeby protestować na Majdanie. Cała sytuacja oczywiście wywołała mnóstwo dyskusji politycznych. Ukraińcy dużo opowiadali o tym, co na Ukrainie jest złe. Co trzeba wyrzucić a co zmienić. Kogo postawić pod sąd a kogo jak najszybciej przed pluton egzekucyjny. Ja z całą mocą popieram Ukraińców i ich dążenie do większej swobody. Uważam jednak, że minie jeszcze mnóstwo czasu zanim będzie można mówić o tym, że Ukraina ma szanse na członkostwo w Unii. Nie opuszcza mnie wrażenie, że Ukraińcy tą Unię za bardzo gloryfikują. Dla nich to symbol dobrobytu, wolności słowa, tolerancji i uczciwości. Wiadomo: nie do końca jest to prawda… Poza tym Ukraina to nadal kraj podziałów. Jest prorosyjski wschód i proeuropejski zachód. Jakby tego było mało to jest jeszcze podział na starszych ludzi, którym za komuny żyło się lepiej i na młodzież, która już trochę świata widziała. Trudno mi wypowiadać się na temat tego konfliktu. Uważam, że jest on tak złożony, że mało, kto wie jak to jest naprawdę. Każda ze stron ma swoje racje i każda jest święcie przekonana o ich słuszności. Strasznie to smutne, że komuna tak głęboko odcisnęła swoje piętno na tym kraju. Najlepiej opisują to słowa jednego Ukraińca, którego miałem kiedyś przyjemność poznać. Gadaliśmy sobie o sprawach politycznych i doszło między nami do małej różnicy zdań. Jarek (bo tak miał na imię ów jegomość) wykonał na mnie nokaut techniczny za pomocą jednego zdania „Komuna?! Co w Polsce była kur…a za komuna? Rolling Stones grali w Warszawie w ’67!!!” Tym zdaniem zakończę polityczne wywody (przynajmniej na ten moment). 

Poranek w Kijowie był bardzo ciężki. Ból głowy oraz wspomnienia poprzedniej nocy przyćmiewały nieco umysł. Ile to się wydarzyło… Dyskusje o życiu, o Ukrainie i o sprawach codziennych. Szachy, flaga i uśmiechnięty pan prowadnik hehe. Miłe wspomnienia, ale żyć trzeba dalej. Było pewnie jakoś przed piątą rano, gdy wyszliśmy z Kijowskiego dworca i udaliśmy się na śniadanie do Mc knajpy. Po posiłku podjęliśmy próbę drzemki na dworcu, którą co chwila skutecznie zakłócał ochroniarz. Gość wyraźnie się na nas uwziął, bo śpiące na ławkach menele mu nie przeszkadzały a my najwyraźniej tak. Udało nam się jakoś przekimać z godzinkę i kolejne wyzwanie: kupić bilet powrotny. Idę do jednej kasy, potem do drugiej i wszędzie ta sama odpowiedz: „Biletów nie ma”. Jak to nie ma? Jedyne, co nam kobieta w kasie zaproponowała to jakiś międzynarodowy pociąg z biletami w cenie całego naszego budżetu. Odpada, prędzej wrócę stopem hehe. Przypominałem sobie na szczęście, że niedaleko jest dworzec autobusowy. Szybko doszliśmy na miejsce, krótka rozmowa w kasie i mamy dwa ostatnie bilety na autobus 29 listopada na 22! Mimo że kupiliśmy je w cenie dwukrotnie wyższej niż pociąg to byłem zadowolony. Teraz pozostało tylko przeczekać do południa i iść do hostelu. Ale pojawił się problem: dolegliwość spowodowane imprezą dnia poprzedniego zaczęły się nasilać. Znaleźliśmy lokal obsługujący panów, których suszy całą dobę. Zamówiliśmy po piwie i kontynuowaliśmy imprezę. Pomysł, mimo że niegodny dżentelmena okazał się znakomity. Dolegliwości minęły jak ręką odjął. Kolejne piwka zupełnie przegnały kaca i wprawiły nas w dobry nastrój. Potem jeszcze pizza w słynnej trójkolorowej Ukraińskiej pizzerii i koło południa meldujemy się w hostelu. Cena przyjazna turyście, warunki nieurągające ludzkiej godności i ciekawostka: pani recepcjonistka nie zna angielskiego. „Tolko rasyjski jazyk”. Szybki prysznic, coś na ząb i idziemy w miasto. Z obawy przed kolejną falą niemocy i gorszego samopoczucia zaopatrzyliśmy się w pobliskim sklepie w kolejną butelkę ulubionego napoju oraz dwa litry Coca Coli i pomaszerowaliśmy w kierunku Majdanu. Mieszkaliśmy rzut koktajlem Mołotowa od tego słynnego placu, więc zaraz znaleźliśmy się wśród wesołych manifestantów. Tam atmosfera iście piknikowa: wesoła muzyka, gary z bulgoczącą zupą, przyjazna atmosfera wyraźnie poprawiana różnymi specyfikami. Bardzo miło. Poza tym Plac Niepodległości (inna nazwa) jest naprawdę bardzo ładny. Można na nim lub w bezpośredniej jego okolicy zobaczyć między innymi piękną Lacką Bramę oraz kolumnę symbolizującą niezależność Ukrainy z pomnikiem starosłowiańskiej bogini Brzeginii na szczycie. Są tam też inne pomniki: założycieli Kijowa oraz św. Michała Archanioła – patrona miasta. My pokręciliśmy się trochę wśród protestujących, wypiliśmy po kolejce i pomaszerowaliśmy dalej pod Łuk Przyjaźni Narodów (wiadomo jakiego narodu z jakim narodem hehe), który znajduje się w parku nad brzegiem Dniepru. Tam chwile się powłóczyliśmy, widok na drugą cześć miasta jest z tego miejsca imponujący a i park naprawdę przyjemny. Słoneczko świeciło i było dość ciepło, więc nie odmówiliśmy sobie małej biesiadki na ławce. Z parku poszliśmy w kierunku stadionu Dynama Kijów a potem, ponownie przecinając Majdan trafiliśmy do Monasteru św. Michała Archanioła ze złotymi kopułami i do Katedry św. Zofii. Imponujące budowle nie ma, co gadać.
Dzień poprzedni, noc oraz dzień obecny wykończyły nas do tego stopnia, że w hostelu. Byliśmy przed 18, zjedliśmy lekką kolację i przed 19 położyliśmy się spać. Ja spałem prawie 14 godzin, wstałem wypoczęty jak młody bóg bez śladów kaca. Metoda przetrzymania fazy zastosowana dnia poprzedniego poskutkowała hehe.


Rewolucyjny Majdan

Łuk Przyjaźni Narodów



Panorama Kijowa
Monaster św. Michała Archanioła


Wizyta w pobliskim sklepiku, szybkie śniadanie, ponowna wizyta w sklepiku i znowu ruszamy w miasto. Dzień muzeów się rozpoczął. Na początek ponowna wizyta na Majdanie i szybka lustracja czy piknik trwa dalej. Oczywiście trwał nadal a uczestniczy od rana w rewolucyjnych nastrojach. My kierujemy się jednak do metra. Poszliśmy specjalnie na stację Metro Arsenalna. I teraz ciekawostka. Metro Arsenalna jest najgłębiej położoną stacją metra na świecie. Jedzie się schodami ruchomymi, które są tak długie, że po drodze jest „stacja przesiadkowa” na kolejne schody podobnej długości. Jest to imponująca konstrukcja budząca respekt. Ponad 100 m zjazd w głąb ziemi ruchomymi schodami zostaje w pamięci hehe. My kierowaliśmy się metrem do Muzeum Czarnobylskiego. Pewnie chodzi wam po głowie, czemu nie wybrałem się do samego Czarnobyla. Otóż była taka okazja. Idziemy sobie rano ulicą i widzimy znak „Biuro Podróży, wycieczki do Czarnobyla”. Wstąpić nie zaszkodzi. Pani nas informuje, że mamy szczęście, bo wycieczka jednodniowa jest akurat w piątek. Jestem podjarany jak cholera. Cena: ponad 180 dolarów. Myślę: „raz się żyje”. Dopełniamy formalności, płacimy kratą a ta nie przeszła, następna też nie… I tak oto nie kupiliśmy biletów na wycieczkę do Czarnobyla. I całe szczęście, bo cena była mocno „naciągana”. Nie teraz to, kiedy indziej. Ale wróćmy do muzeum. Rewelacyjne miejsce. Coś pomiędzy muzeum martyrologicznym, muzeum techniki  i galerią sztuki nowoczesnej. Niewielkie, ale ciekawe. W środku ekspozycje takie jak: budowa i zasady działania elektrowni atomowej. Katastrofa godzina po godzinie i dzień po dniu. Skutki katastrofy. Choroby popromienne. Upamiętnienie tych, co zginęli. Rzeczowo przedstawione, ale trochę „czerstwo”. Spędziliśmy w tym muzeum pewnie ze 2 godziny, następnie poszliśmy na piwko i obiad a potem do metra. Celem naszym było największe i najbardziej znane kijowskie muzeum: „Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”. Po naszemu: Muzeum II Wojny Światowej. Po drodze jeszcze jeden interesujący punkt programu: Pomnik Wielkiego Głodu wraz ze znajdującym się w jego podziemiach niewielkim muzeum. Jest to miejsce pamięci wielkiego kataklizmu, w którym, co ciekawe, nie ma ani słowa o tym jak to „Bratni Naród” przyczynił się do tej „naturalnej” tragedii. Pali się tam też wieczny ogień na pamiątkę tego wydarzenia. Przygnębiające miejsce. Idziemy dalej. Po drodze mijamy jeszcze Ławrę Peczerską – imponująca z zewnątrz, ale wejście płatne. Musiałaby mi chyba dachówka na łeb spaść żebym do takiego przybytku płacił za wejście. Z ławry do muzeum jest bardzo blisko, wystarczy się kierować na Pomnik Matki Ojczyzny, który jest centralnym punktem kompleksu muzeum. Jeszcze naparsteczek na rozgrzewkę i wchodzimy. Pierwszy punkt to plenerowa ekspozycja pojazdów wojskowych. Wstęp parę groszy: jasne, że wchodzę. Potem już główny budynek muzeum. Zdjęć niestety nie można robić w środku, ale muzeum imponujące. Niesamowita jest sama konstrukcja budynku i rozplanowanie wnętrz. Wystawy podzielone są chronologicznie, przez co odbiór wystawy jest jeszcze mocniejszy. Oczywiście na pierwszym miejscu eksponowana jest dobroć i rycerskość Narodu Bratniego hehe. Zdecydowanie warto się wybrać do tego muzeum. Wstęp kosztuje niewiele a zwiedzania jest na parę godzin. Gdy wyszliśmy z wnętrza budynku było już całkiem ciemno, więc obok najbliższego stanowiska czołgowego wypiliśmy po kieliszku i ruszyliśmy w drogę powrotną do hostelu. Droga bardzo się jednak wydłużyła, bo po w międzyczasie nastąpił przystanek w tradycyjnej ukraińskiej knajpce. Tam posiłek i piwko. Potem metrem na Majdan, zakupy i kolejna knajpka. Zapomniałem nazwy lokalu, ale był on w bliskim sąsiedztwie Majdanu, schowany nieco w boczną uliczkę. Miejsce z zewnątrz niepozorne, ale w środku naprawdę fajny klimat. Tam rozpoczęliśmy wielogodzinną debatę solidnie zakrapianą piwkiem i czymś mocniejszym. Polecam też tamtejsze kalmary w cieście. Jak się bawić to się bawić hehe. Dobrze po 22 opuściliśmy knajpę i poszliśmy do hostelu konsumować przysmaki zakupione w sklepie. Tam do biesiady dokooptowaliśmy jeszcze Amerykanina i Rosjanina i w takim egzotycznym zestawieniu opróżniliśmy flaszkę oraz kilka piw. Rozmowy, jak to podczas „wiosny ludów” bywa, były na ciężkim, politycznym poziomie. Spać położyliśmy się bardzo późno, przez co poranne wstawanie znacznie się opóźniło. 

Stacja metra: Arsenalna

 Muzeum Czarnobylskiego

Pomnik Wielkiego Głodu

 Pomnik Matki Ojczyzny

 Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej

Dopiero koło 11 opuściliśmy nasz hostel już z bagażami na plecach. Pierwsze kroki skierowaliśmy do pobliskiego sklepu a potem poszliśmy dokładnie w przeciwnym kierunku niż Majdan: w stronę Stadionu Olimpijskiego. Miłosz to fan piłki nożnej, więc mnie ciąga w takie miejsca hehe. Pogoda zrobiła się kiepska. Co chwilę padał straszny śnieg z deszczem, więc co chwila chowaliśmy się do jakiejś knajpki. Potem jeszcze pomnik Lenina (już nie istnieje), Muzeum Przyrodnicze (pełne wesołych eksponatów w stylu radzieckim) imponujący gmach uniwersytetu i idziemy znaleźć jakąś przyjemną knajpę żeby przeczekać do autobusu, bo pogoda coraz gorsza… Po długich poszukiwaniach trafiliśmy do przyjemnego lokalu w staromodnym stylu. Knajpa stylizowana na chłopską karczmę z sympatycznymi i stylowo ubranymi kelnerkami. Zamówiliśmy piwko, potem pielmieni (coś jak nasze uszka tylko faszerowane mięsem i podane z cebulką, masłem i koperkiem) i oczywiście wódeczkę. Z racji faktu, że był to już czwarty dzień z rzędu, w którym przez nasze gardła przelewał się ten rodzaj alkoholu pierwsze kieliszki nie były spacerem po parku. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że Ukraińcy nie wiedzieć, czemu, nie uznają chłodzenia wódki. Ja z każmy kolejnym kieliszkiem zakąszanym pielmieni ,czułem się wyśmienicie natomiast dla Miłosza kolejny „stakańczyk”  był walką z własnym organizmem hehe. Gdy godzina odjazdu się zbliżała pomaszerowaliśmy w kierunku dworca robiąc po drodze zakupy w sklepie. Na dworcu gwar i zamieszanie. Nikt nie wie, z którego peronu nasz autobus odjeżdża a dworzec duży. Zagadaliśmy w tej sprawie do dwóch Ukraińców Okazało się, że goście do Lwowa jadą tym samym autobusem. W takiej oto 4 osobowej komitywie doczekaliśmy do odjazdu. Okazało się ze owi Lwowianie siedzą koło nas. Należało ich poczęstować naszym napojem a oni poczęstowali nas swoim... Do komitywy dołączył się jeszcze jeden pasażer i zawiązała się oczywiście kolejna ciężka dyskusja. Ja w kulminacyjnym punkcie rozmowy postanowiłem (musiałem) udać się na spoczynek, więc odpływając w objęcia Morfeusza słyszałem kolejne rewolucyjne hasła. Miłosz jeszcze dzielnie konwersował do momentu wypicia wszystkich „argumentów”. 

 Pomnik Lenina

Kijowski Uniwersytet Narodowy im. Tarasa Szewczenki

Muzeum Przyrodnicze

Obudziłem się, gdy dojeżdżaliśmy do dworca autobusowego we Lwowie. Akurat świtało. Do stacji kolejowej z tego miejsca jest kawał drogi, więc rozpytawszy ludzi stojących na przystanku poznaliśmy numer marszrutki i już za chwilę jechaliśmy na dworzec. Po przyjeździe na miejsce morale zaczęło nieco opadać, więc postanowiliśmy zregenerować siły w pobliskiej pizzerii. Najedzeni i zadowoleni wsiedliśmy do marszrutki, która zawiozła nas na granicę. Tam zakupy, piesze przejście, kolejny bus, frytki w Przemyślu i pociąg do Rzeszowa… Tak zakończyła się nasza przygoda w Kijowie. Gdy byliśmy w stolicy Ukrainy protest na Majdanie był rodzinnym piknikiem. Już po powrocie okazało się, że w noc naszego wyjazdu z Kijowa Berkut po raz pierwszy użył siły na manifestantach. Jak wydarzenia potoczyły się potem to już każdy wie…