niedziela, 29 października 2017

Kazachstan - początek przygody w Azji Centralnej



Azja Centralna od zawsze była moim celem. Marzyłem o zobaczeniu jednego, dwóch czy więcej „stanów”. Kwestie logistyczno - formalne jednak były dość skomplikowane i dlatego jakoś zawsze wybierałem inne kierunki. Wszytko zmieniło się, gdy Kazachstan ogłosił, że znosi wizy dla Polaków (i nie tylko) z dniem 1 stycznia 2017. Wykorzystali  to przewoźnicy lotniczy, tacy jak nasz rodzimy LOT czy węgierski Wizzair i samoloty w końcu zaczęły latać w ten region świata w rozsądnych cenach. Ja swój bilet do Astany kupiłem dokładnie w dniu, w którym Wizzair ogłosił, że uruchamia loty do stolicy Kazachstanu. Z głupa wszedłem na ich stronę, wybrałem losowy termin, kliknąłem „szukaj”. Połączenie się znalazło, cena pojawiła się w forintach, więc nie miałem pojęcia ile to jest. Wybrałem opcję zmiany waluty na polską i moim oczom ukazała się cena 268 zł w dwie strony. Przetarłem oczy ze zdumienia, zastanowiłem się może 3 sekundy i bilet był mój. Dodam, że odbyło się to pod koniec marca. Duże wyprzedzanie… Ale pomyślałem sobie: „Co tam, warto zaryzykować, bo cena śmiesznie niska”. I tak mijały kolejne miesiące, aż w końcu okazało się, że jadę, że się pakuje, że wychodzę z domu. Azja Centralna czeka- przybywam!



Miałem trochę obaw, bo po raz pierwszy w życiu wybrałem się samotnie w tak daleką wyprawę. Musiałem polegać jedynie na swoim skromnym doświadczeniu podróżniczym i jeszcze skromniejszej znajomości rosyjskiego. Czemu zdecydowałem się pojechać sam? Chyba dlatego, żeby się sprawdzić, przekonać się że dam sobie radę. Dałem radę, objechałem, wróciłem i jestem niesamowicie zadowolony. Ale od początku.
Wyprawę rozpocząłem w środowy wieczór, późnym popołudniem. Pojechałem busem do Krakowa. W stolicy małopolski krótka przerwa na „ostatnie przed wyprawą dobre piwo” i kolejny bus do Budapesztu. W stolicy Węgier jestem bladym świtem. Nie miałem zamiaru zwiedzać, bo mi się nie chciało. Poza tym stolica Węgier nie interesuje mnie jakoś szczególnie. Mam tam jeszcze jeden punkt do odwiedzenia, ale to kiedyś przy okazji, jak nie będę musiał wstawać o 4 rano. Prosto z przystanku autobusu przemieściłem się, więc na lotnisko robiąc po drodze obfite zakupy w Tesco. Byłem tam jakoś przed 9-tą rano, kupa czasu jeszcze do odlotu, więc znalazłem sobie przytulny kącik i zdrzemnąłem się dobrą chwilę nadrabiając zaległości nocne. Po 11 przechodzę kontrole bezpieczeństwa i za chwilę wchodzę na pokład samolotu. Mimo ,że miałem przydzielone miejsce przy przejściu, to udało mi się wywalczyć miejscówkę przy oknie. Widoki jednak nie zachwycały- było mnóstwo chmur, więc sporą część lotu po prostu przespałem. W Astanie ląduje po pięciu godzinach. Trzeba jednak dodać, że miałem spore opóźnienie i różnica czasu wynosiła plus cztery godziny. W Astanie była już późna noc. 

 Samolot do stolicy Kazachstanu.

Wyładowuje się z samolotu i trzeba się przedostać przez odprawę paszportową. Niby prosta sprawa, ale… Polacy nie muszą mieć wizy, należy jednak wypełnić kartę migracyjną. Wpisujemy tam imię i nazwisko oraz nazwisko i adres osoby zapraszającej lub hotelu (czy tam hostelu), w którym się zatrzymujemy. W praktyce jest to pic i totalna ściema. Wasze imię i nazwisko ma być prawdziwe, ale w miejscu dotyczącym zameldowania możecie wpisać, co się Wam żywnie spodoba. Ja sobie wpisałem nazwę hostelu z adresem (prawdziwym) normalnie naszym alfabetem i przeszło. Ale co to oznacza, że „przeszło”. Teraz będzie rzecz bardzo ważna, jak nie najważniejsza, na temat kazachskiej granicy. Generalnie po odprawie paszportowej musimy sprawdzić czy mamy pieczątkę w paszporcie (wiadomo że mamy, ale zawsze…) i musimy sprawdzić czy jest w paszporcie wyżej opisana kartka z DWOMA pieczątkami. To jest najważniejsze: pieczątki na kartce mają być dwie. Polacy powinni od razu dostawać dwie z automatu, ale ponoć różnie to bywa. Te dwie pieczątki oznaczają, że Wasz pobyt został oficjalnie zaakceptowany i zarejestrowany. I mamy już luz, nie musimy NIC więcej robić. Co w przypadku, gdy pieczątka jest jedna, albo nie mam jej wcale (o takim przypadku nie słyszałem)? W ciągu pięciu dni od przyjazdu (przylotu) musimy się udać na posterunek policji imigracyjnej i musimy dostać drugą pieczątkę. W szczególnych przypadkach, możliwe jest załatwienie tego na posterunku zwykłej policji, ale w zasadach wyraźnie pisze, że ma być to policja imigracyjna. Tam dostajemy drugą pieczątkę i gites. Od razu ostrzegam, że zaniedbanie tego obowiązku, albo zgubienie karteczki, to poważne kłopoty. Pod koniec wyjazdu w moim hostelu mieszkała Chinka. Dziewczyna miała taką przygodę, że poszła na lotnisko na lot powrotny do domu i okazało się, że zapomniała załatwić drugiej pieczątki (na lotnisku dostała tylko jedną). Goście nie wypuścili jej z kraju, oczywiście samolot poleciał bez niej, a ona musiała stawić się w sądzie na rozprawę w celu zasądzenia grzywny. Ja nie chce nikogo straszyć, wręcz przeciwnie. Zachęcam do wyjazdu z całego serca, pamiętajcie tylko o tych przepisach i wszytko będzie dobrze. Ja zdaje sobie sprawę, że przepisy te są delikatnie rzecz ujmując kompletnie z dupy, ale tak to już jest na wschodzie dotkniętym sowiecką ręką. Władza musi pokazać swoją wyższość i do tego są jej potrzebne jakieś abstrakcyjne przepisy. Turyści wiedzą, że to pic, pogranicznicy i policja też wiedzą, że to pic, ale trzeba trzymać się prawa. Mi się udało i już miałem wszystkie formalności za sobą. 


 Tak to ma wyglądać.

Znalazłem kantor, wymieniłem kasę po nie najgorszym kursie, ale jak zwykle gorszym niż w centrum. Dlatego zamieniłem jedynie 10 dolarów. Znalazłem informację turystyczną i dostałem skromną mapkę. W zasadzie nie była mi potrzebna, bo wiedziałem jak się dostać do centrum. W dzień między 6 rano a 24 jeżdżą z lotniska dwa autobusy zatrzymujące się w okolicach głównego dworca kolejowego. Autobusy te mają numer 10 albo 12. Koszt to jakieś 90 groszy i jesteśmy w centrum. Jest też nocy autobus numer 200, ale jeździ on nie tak często i jego trasa jest trochę inna, ale też dacie radę dotrzeć nim do centrum.  Taksówka natomiast to koszt około 2000 tenge, czyli 21 zł. Mniej więcej. Jest to cena dla lokalsów. Trzeba sobie do niej „dotargować”.  Pomysłów na dojazd jest mnóstwo i nie ma się co martwić. Pod informacją turystyczną spotkałem grupkę Polaków i okazało się, że oni biorą udział w takiej akcji, która nazywa się Bike Jamboree i jest to sztafeta rowerowa dookoła świata. Generalnie super inicjatywa, trochę im jednak współczułem, bo w Astanie w momencie przylotu padał śniegi i było z minus trzy stopnie. Pojechałem razem z Polakami do centrum autobusem numer 10. Oni wysiedli wcześniej, a ja pojechałem pod szpital, bo z tego przystanku miałem najbliżej do hotelu. Hostel Rada zlokalizowałem z pomocą policjanta i już po chwili byłem wykąpany i ogarnięty do spania. Udałem się na spoczynek, bo pobudkę miałem zaplanowaną na zdecydowanie za wczesną godzinę…


W sumie się wyspałem, miałem tylko jednego współlokatora, który okazał się sympatycznym Kazachem, który strasznie chciał zostać moim znajomym na „W Kontakcie”. Pech jednak chciał, że nie mam konta na „W Kontakcie” – jak ktoś nie wie, co to jest, to jest to nic innego jak ruski Facebook. Nie zostaliśmy, więc znajomymi. Ja szybko ogarnąłem manele i wyszedłem z hostelu, bo pociąg mam o 10.15, a do załatwienia jeszcze trochę spraw. Po pierwsze należało wymienić pieniądze. Co prawda za hostel zapłaciłem tylko 15 zł, ale trzeba mieć przy sobie jakąś kasę tym bardziej, że przede mną 23 godzinna podróż pociągiem, a ja nie mam nic do jedzenia. Poszedłem, więc w okolice dworca. Tam kurs tenge już trochę lepszy niż na lotnisku. Lepszy, ale niewiele. Zamieniłem kasę i ruszyłem na poszukiwanie sklepu. 


 Główny dworzec kolejowy w Astanie.

Budynek teatru w okolicy.

Coś w rodzaju marketu znalazłem niedaleko dworca na głównej ulicy. Tam zaopatrzyłem się w napitki i różne czekoladowe smakołyki. Następnie zlokalizowałem piekarnie i w niej zaopatrzyłem się w samsę. Co to takiego? Definicja samsy jest bardzo szeroka, ja bym ją sprowadził do „szybkiej przekąski na słono”. Generalnie jest to mięso mielone lub kurczak w cieście francuskim lub zwykłym drożdżowym w kształcie pieroga. W tym „pierogu” jest również mnóstwo cebuli i aromatycznych przypraw. U mnie w jednym zdarzyły się nawet frytki. Jedyna wersja wegetariańska jest z serem żółtym lub ziemniakami. Przy czym ta samsa z ziemniakami wygląda trochę jak duży racuch. Długo by o tej samsie pisać. W każdym razie, jest to wszędzie dostępne, każdy znajdzie jakiś smak dla siebie, jedną można się najeść i zapłacimy za nią nie więcej jak 1,5 zł. Ja miałem tak, że po prostu czułem zapach i nawet jak nie byłem głodny, to i tak kupowałem, bo jest to tak pyszne i tak tanie. 


 Pyszna samsa z serem (papryka to mój dodatek).

Samse kupimy na każdym rogu.


Generalnie po tych zakupach byłem zaopatrzony w 90%. Jedyne czego nie miałem to wódki. Zamierzałem kupić flaszkę na drogę, żeby się zaznajomić z miejscowymi, ale okazało się, że wódkę sprzedają dopiero od 12 w południe. Proszę jak dbają, żeby się naród nie rozpił? Gdy wróciłem na dworzec, do odjazdu miałem pół godziny, po 15-tu minutach zajechał pociąg. Wsiadam, zajmuje miejsce i jedziemy na południe! Teraz jak z biletami? Sprawa jest banalnie prosta. Bilety trafiają do sprzedaży na 40 dni przed planowym odjazdem, kupujemy je przez Internet, płacimy przez Internet. Drukujemy kwitek i tyle. Strona jest po angielsku, więc zero problemów. Rewelacja! Byłem zachwycony, że Kazachowie o tym pomyśleli. Dzięki wczesnemu zakupieniu biletów, miałem dobre miejsce na dolnej pryczy. Od razu zapoznałem sąsiadów. Obok miał swoją koję pan inżynier. Ciekawy człowiek i wygadamy. Trochę porozmawialiśmy. Od niego dowiedziałem się o ciekawym sporcie bardzo popularnym wśród Kazachów, ale i nie tylko, bo robi on furorę też w innych „stanach”. Buzkaszi znaczy dosłownie „wydzieranie sobie kozy”. I na tym ten sport polega. Mamy dwie drużyny na koniach, które walczą o martwą kozę. Zadanie polega na dostarczeniu kozy do swojej „bramki” wszelkimi sposobami. Gość pokazywał mi filmiki z meczów, opowiadał, strasznie się tym podniecał. Nie powiem: wyglądało to dość spektakularnie i gdyby tylko nadarzyła się okazja chętnie obejrzałbym taki mecz na żywo. Niestety dane było mi jedynie zobaczyć puste boisko. Poza tym pana inżyniera bardzo interesowała sytuacja w Polsce, w Europie i tak dalej. Ciężko się jednak rozmawiało, bo gość mówił strasznie szybko, a ja miałem problemy ze zrozumieniem. Większość podróży jednak spędziłem na czytaniu książki, słuchaniu muzyki i gapieniu się przez okno na bezkresny step zadając sobie pytanie: „Kiedy w końcu wjedziemy do strefy klimatycznej bez śniegu”. Wieczorem, gdy wszyscy poszli już spać wypiłem dwa piwa, które miałem ze sobą, bo okazało się, że moi sąsiedzi to muzułmanie i po prostu nie chciałem im przeszkadzać swoim browarem. 


 Przez cała drogę dnia pierwszego widoki były takie.


Tak się jechało.
 
Wyspałem się raczej średnio, ale gdy otworzyłem oczy za oknem świeciło piękne słonce i nie było ani grama śniegu. Odetchnąłem z ulgą. Przyjazd pociągu planowany był na godzinę 8.50. Nie zostało mi, więc wiele czasu na ogarnianie się. Szybko dokonałem pobieżnej ablucji, spakowałem się i pora wysiadać. Przejechanie tych kilometrów pociągiem, to faktycznie był dobry pomysł, bo w Ałmacie pogoda już dużo lepsza. Ciepło i słonecznie. 

 O poranku za oknem było dużo więcej optymizmu.

Po przyjeździe natychmiast należy rozwiązać najważniejszą zagadkę: jak dojechać do hostelu. Miałem mapkę, miałem adres, ale dworzec  Ałmaty – 1 jest dość daleko od centrum, więc trzeba było ogarnąć marszrutkę. Okazało się, że na dworcu jest biuro podróży, a pracujące w nim panie bardzo chętnie służą pomocą turyście. Nie minęło nawet pięć minut, a już byłem we właściwej marszrutce jadącej w bezpośrednie okolice mojego hostelu. Gdy dojeżdżałem na miejsce pani „konduktor” (nie wiem jak tą funkcję nazwać inaczej) wskazała mi przystanek i powiedziała, że to tu powinienem wysiąść. Hostel był niedaleko, ale nie mogłem trafić pod właściwy adres. Dopiero po 15-tu minutach mi się udało i już po chwili byłem zameldowany w noclegowni o skromnej nazwie The Best Hostel. Nie było on wcale taki the best, ale kosztował 15 zł za dobę, był w całkiem niezłym miejscu i ktoś tam rozumiał angielski. Postanowiłem, więc z tego skorzystać, dowiedzieć się czegoś o mieście i załatwić jakąś mapę. Okazało się, że nie potrzebuję mapy . Dziewczyna się mnie pyta, czy mam aplikację 2GIS. Ja mówię, że nie. Ona do mnie żebym sobie ściągnął i ona mi pokaże jak działa. Ściągnąłem sobie na telefon, zainstalowałem, otrzymałem krótką instrukcję obsługi i moje życie się zmieliło. 2GIS jest tak nieprawdopodobnie genialną aplikacją, która zmieni Wasze życie w krajach postradzieckich. Mamy tu od cholery rosyjskich miast, ale nie tylko. Generalnie ten postradziecki świat jest tu dość dobrze zilustrowany. Ale też mamy takie miasta jak Dubaj czy Praga, więc zawsze warto sprawdzić czy przypadkiem 2GIS nie pomoże nam w podróży. Co mamy w tej aplikacji? Jest to połączenie Jak Dojadę? z Google Maps i Tripadvisorem. Wszytko to działa offline. Przykładowo. Chcemy się z hostelu dostać na lotnisko. Znajdujemy na mapie lotnisko, ewentualnie wpisujemy „naszymi” literkami, GPS lokalizuje nasza pozycję i mamy wszystkie możliwe środki transportu z punktu „A” do „B” jak na dłoni. Najbardziej fantastyczne jest w tej aplikacji właśnie to, że pomaga ona nam się odnaleźć w tym marszrutowym chaosie, który nie uwzględnia rozkładów jazdy czy map. Dodatkowo, gdy taksówkarze widzą, że w ręce macie telefon z uruchomianym 2GIS, to się od was odczepiają, bo oni wiedzą, że wy wiecie... I nikt was nie naciągnie i nie oszuka na transporcie. Jedyny minus to taki, że aplikacja wymaga nieco znajomości cyrylicy. Co prawda nazwy możemy wpisywać fonetycznie i dostajemy szybko bardzo inteligentne podpowiedzi, ale już sami musimy wybrać właściwe słowo po rosyjsku. Co dalej z funkcjami?  Potrzebujemy supermarketu, restauracji, kina, muzeum. Wszystko tu jest łącznie z cenami i godzinami otwarcia. Rewelacja. Polecam serdecznie. To nieprawdopodobnie uprościło moje podróżowanie. Uzbrojony w 2GIS i wiedzę przekazaną mi przez współlokatora postanowiłem ruszyć zwiedzać miasto. Mój hostel miał bardzo dogodną lokalizację, ale nie znajdował się w ścisłym centrum. Generalnie coś takiego jak ścisłe centrum Ałmaty bardzo trudno jest wyróżnić. Miasto jest rozległe, nie ma jakiegoś charakterystycznego punktu, jednak jest bardzo proste w nawigacji, bo praktycznie wszytki ulice przecinają się pod kątem prostym. Ja wyszedłem z hostelu i wróciłem się kilka kroków, żeby zobaczyć Centralny Meczet Ałmaty. Budowla imponuje swoimi rozmiarami, ale niczym więcej. Konstrukcja dość toporna, mało zdobiona i zwyczajnie nie ma na czym oka zawiesić. Podobnie w środku, choć to wiadomo, meczet i w środku fajerwerków raczej nie uświadczymy. Niemniej jednak warto zobaczyć, szczególnie jak się mieszka 100 m dalej. 






 Centralny Meczet Ałmaty.

Po zwiedzaniu meczetu poszedłem na Prospekt Puszkina i pomaszerowałem wprost na tak zwany Zielony Bazar. Miałem tam dosłownie 10 minut, więc już po chwili mogłem spacerować wśród stoisk. Coś mi się jednak nie podobało. Jakiś taki dziwny ten bazar. Mało gwarny. No generalnie mało tam było ciekawych rzeczy. Okazało się jednak, że bazar dzieli się na dwie części, czy też dwie hale. Ja byłem w tej mniejszej i po chwili trafiłem do tej większej. A tam już ciekawe klimaty. Po pierwsze stoiska z mięsem. Ciężki to był widok, tym bardziej, gdy człowiek sobie uświadamia, że pewnie z tego miejsca pochodzi mielone do samsy za rogiem. Ja nie mam z tym problemu, ale zawsze myślę o tym, że to wszystko w środku lata, też tak leży bez lodówek, pod tym dachem... Dobrze, że nie mają sanepidu hehe. 


Zielony Bazar.


Co więcej na tym bazarze? Oczywiście smakołyków tysiące, przede wszystkim różne kiszone specjały, od kiszonej marchewki, przez pomidory po jakieś zielone liście wyglądające jak glony. Trafiłem też na stoisko, na którym pani sprzedawała kurut. Co to takiego? Lokalny przysmak, nie tylko charakterystyczny dla Kazachstanu, ale i dla całego regionu. Zostałem poczęstowany, spróbowałem, nigdy więcej ... Kurut nie jest dla każdego. Są to kulki z wysuszonego zsiadłego mleka lub jogurtu, bardzo słone. Bardzo. Śmierdzą niemiłosiernie starym serem i smakują obrzydliwe, ale jestem przekonany, że ten egzotyczny smak może komuś przypaść do gustu. Mnie nie przypadł. Zdecydowanie ten smak mi nie odpowiadał i musiałem przyjąć dużą ilość płynów, żeby się go wreszcie pozbyć z ust. Ale doświadczenie było warte zachodu. 




 Kurut

Połaziłem sobie chwile to tym bazarku, ale niestety strasznie ścigali za zdjęcia, więc nie narobiłem ich wiele. Zielony Bazar uznałem za zwiedzony, ale wiedziałem, że to nie ostatnia moja wizyta w tym miejscu. Kolejnym punktem programu zwiedzania był Sobór Wniebowstąpienia Pańskiego. Problem w tym, że przybytek ten był w remoncie i fasada była praktycznie całkowicie zasłonięta. W środku jednak sobór prezentował się naprawdę imponująco. 



 Sobór Wniebowstąpienia Pańskiego.

Po sąsiedzku mamy kolejne ciekawe miejsce. Pomnik Chwały. Oczywiście chwały radzieckich żołnierzy głównie nawiązujący do wydarzeń z okresu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Celowo nie napisałem Drugiej Wojny Światowej, bo w rozumieniu Rosjan i narodów postradzieckich nie ma takiego terminu. Wielka Wojna Ojczyźniana rozumiana jest od ataku Hitlera na Związek Radzicki w roku 41, aż do zdobycia Berlina. Pozostała cześć Wielkiej Wojny, czyli jej początek z napadem na Polskę włącznie, ich kompletnie nie interesuje, bo to nie ich wojna i nie ich sprawa. Tak to wygląda na wschodzie. Nie mnie oceniać. Ja sobie popstrykałem sporo zdjęć, bo miejsce naprawdę ciekawe. Z jednej strony wielki pomnik, a z drugiej plac zamknięty jest imponującym budynkiem Muzeum Historii Militarnej, o którym napiszę później, bo pod koniec wyjazdu odwiedziłem to muzeum.   








 Pomnik Chwały.

 Muzeum Historii Militarnej.


Z tego miejsca kierowałem się nadal przed siebie i po kilku krokach trafiłem na coś ciekawego. Przed budynkiem Uniwersytetu Pedagogicznego odbywał się jakiś festiwal ludowy. Nie wiem co to dokładnie było, ale było tam mnóstwo kramów z lokalnym rękodziełem, oraz stała scena, na której dobywał się spektakl. Ciężko stwierdzić, co to było dokładnie, ale przystanąłem na chwilę, bo piękne ludowe stroje przykuły moją uwagę. Ze względu na fakt, że tłum był jednak olbrzymimi, a ja nie rozumiałem nic z tego, co oglądam, to postanowiłem podążać dalej w kierunku głównego deptaka i budynku opery. 



 Uliczny spektakl.

Po drodze jednak wstąpiłem do sklepu po podstawowe zakupy. I po raz kolejny okazało się, że Kazachstan jest niesamowicie tani. Kupiłem sobie kazachski trzygwiazdkowy koniak i za butelkę 0,2 litra nie zapłaciłem nawet 6 zł. Dodatkowo zakupiłem przepyszną samsę z serem prosto z pieca. W celu konsumpcji usiadłem w parku niedaleko Kazachsko – Brytyjskiego Uniwersytetu Technicznego. Samsę zjadłem, koniak musiałem degustować dyskretnie, bo park ten patrolowała policja. Posiedziałem chwilę i udałem się na deptak w okolice opery. Miejsce nie jest jakieś szczególnie szałowe, ale prezentuje się ładnie. 

 Deptak 

 Opera

Miałem ochotę zasiąść na chwilę i odpocząć, więc obrałem azymut na mój kolejny cel i postanowiłem: „po drodze szukam miejsca na wypicie piwa”. Okazało się to niełatwe. Po raz kolejny przekonałem się, że na wschodzie zasadniczo nie ma czegoś takiego jak pub w naszym rozumieniu. Wszystkie miejsca, w których serwują piwo, serwują też jedzenie, więc bliżej jest tym przybytkom do restauracji. Później udało mi się znaleźć pewną miejscówkę zbliżoną do naszej definicji pubu. Ale to później…  Tym razem jednak trafiłem na jakąś knajpę w stylu angielskim, w której zamówiłem piwko, które kosztowało mnie około 7 zł. Spodziewałem się tego, że piwo będzie drogie, bo wystrój knajpy jednoznacznie na to wskazywał, ale co tam. Kazachskiego piwka chciałem spróbować. I przyznam szczerze, że zostałem zaskoczony, bo nie było paskudne. Oczywiście nie mogę tu napisać, że mi jakoś wybitnie smakowało, ale nie miało ono cech piwa obrzydliwego. Wypiłem je i pomaszerowałem dalej. Chciałem dostać się na górujący nad miastem szczyt o nazwie Kok-Tobe. Było już mocno po południu, więc piesza wycieczka nie wchodziła w grę. Udałem się jednak na stację kolejki linowej, zakupiłem bilet i pojechałem na górę. A z niej rozpościerał się widok na miasto. Widok przysłaniał jednak gęsty smog. Niemniej jednak robiło to wrażenie. Większe wrażenie jednak robił widok z drugiej strony szczytu. Widok na ośnieżone góry. Usiadłem na ławce i jedząc samsę po prostu sobie patrzyłem. Zdecydowałem, że muszę wybrać się w miejsce, w którym do tych szczytów jest trochę bliżej. Powłóczyłem się po tym Kok-Tobe, ale oprócz widoków nie ma tam nic ciekawego. Sporo tandety, diabelski młyn, jakieś mini zoo, strzelnice… Mnie takie rozrywki nie interesują, więc powłóczyłem się chwilę, bo chciałem jedynie zobaczyć pomnik The Beatles, który był dość oryginalny. Śmieszne goście mieli twarze. Oby to nie zabrzmiało rasistowsko hehe. W każdym razie oblężenie tego pomnika było wielkie i każdy chciał sobie zrobić z zespołem fotkę. Pokręciłem się jeszcze chwilę i postawiłem zjeżdżać na dół. 




 Przejazd kolejką.




 
Widok z Kok-Tobe na miasto...



 
... i na góry.

 
Z punktu, w którym wysiadało się z kolejki miałem jeszcze dobre trzy kilometry do hostelu, więc niespiesznym krokiem pomaszerowałem prosto na azymut odwiedzając po drodze sklep. W hostelu byłem jakoś po 19-tej. Szybka kąpiel, jedno piwko i padłem, bo miałem za sobą dwie kiepsko przespane noce.

Wyspanie się było świetnym pomysłem, wstałem o 8-mej rano, poszedłem po świeżutką samsę, zjadłem śniadanie i ruszyłem w drogę. Pierwszy punkt do załatwienia to dworzec autobusowy. Postanowiłem zasięgnąć języka o możliwości dojechania do Czaryńskiego Kanionu. Przed wyjazdem zrobiłem małe rozeznanie w Internecie. Wiedziałem, że nie będzie to łatwe, ale ponoć jakaś marszrutka jedzie w tym kierunku raz dziennie. Także jest nadzieja. Poszukiwania jednak spełzły na niczym. Okazało się, że ta marszrutka nie jedzie. Jedyna opcja to taksówka. Zapytałem, co prawda o cenę, ale była ona stanowczo za wysoka. W przypadku większej liczby ludzi i negocjacji cenowych nie byłoby tak źle. Ale stwierdziłem, że samemu będzie problem… Postanowiłem jednak to wnikliwie przemyśleć podczas spaceru w góry. Tak jak postanowiłem dzień wcześniej: „trzeba zobaczyć te szczyty z bliska”. Znalazłem sobie autobus, który jedzie na pętlę kawałek poza miasto i z tego miejsca postanowiłem maszerować w kierunku Medeu – sportowego ośrodka w środku gór. Z przystanku miąłem tam jakieś sześć kilometrów. Trasa była malownicza, wzdłuż górskiej rzeki. Był nawet szlak, którego postanowiłem się uparcie trzymać. Ruszyłem w górę rzeki podziwiać widoki. A było co podziwiać, bo pogoda udała mi się naprawdę wspaniała, słonce świeciło, las w jesiennych barwach… Na nudę nie można było narzekać. Trochę jednak narzekałem na sam szlak. Na początku było ok. Droga w miarę jasna, strzałki pokazują kierunek. Potem jednak sprawy zaczęły się komplikować, bo kilka razy zostałem wyprowadzony w miejsce, z którego musiałem się wracać. Raz nawet szlak wyprowadził mnie na tyły jakiejś budowy i musiałem sforsować płot, żeby wydostać się na główną drogę. Ostatnie dwa kilometry pokonałem poboczem, bo szlak kompletnie zniknął. Generalnie super sprawa, tylko gdyby ktoś to ogarnął z rozsądkiem. Infrastruktura jest wspaniała. Mamy mnóstwo miejsc na ognisko, ławek w najbardziej malowniczych miejscach. Jednak te oznaczenia… Nie sposób trzymać się tego szakalu. Niemniej jednak byłem zadowolony. 








Szlak do Medeu. 
 
Gdy dotarłem do Medeu chciałem zwiedzać dalej. Okazało się, że w samym Medeu nie ma nic ciekawego. Można zwiedzać jakiś stadion, czy arenę sportową, ale mnie to nie ciekawiło. Okazało się, że nad całym kompleksem góruje wielka tama ziemna, na której szczyt można się wybrać. Więc się wybrałem. Droga pod górę nie jest długa, ale wymaga pokonania schodów… Nie mam pojęcia ilu, ale dużo ich było, bo spociłem się srogo. Ale warto było, bo widoki z góry naprawdę piękne. Postanowiłem zagadnąć jednego gościa, co do wysokości otaczających mnie szczytów, bo niestety nie uświadczymy ani mapy, ani jakiejkolwiek innej informacji na ten temat. Okazało się, że gość całkiem nieźle mówi po angielsku i chwilę sobie pogadaliśmy. Co do wysokości szczytów, to gość też się nie orientował, ale twierdził, że na pewno mają około 4000m n.p.m. Dowiedziałem się też, że za niecałe 5 zł kursuje tu busik do jeszcze dalej położonego kurortu o nazwie Shymbulak. Gość mi nawet próbowałem złapać busa, ale okazało się, że wszystkie są pełne. Dodatkowo chciałem skorzystać z tego, że gość zna angielski i postanowiłem nieco podpytać go o możliwość dotarcia zarówno do Czaryńskiego Kanionu (na który to już traciłem nadzieję) i do Wielkiego Jeziora Ałmaty (ten pomysł wydawał się dobrą alternatywą). Co do kanionu, to oczywiście nie odwiedzałem się nic nowego. „Tylko wycieczka z biura podróży”. Powinna kosztować ona około 50 dolarów… Ok. Co do jeziora to doradził mi, żeby wybrać się najdalej jak się tylko da marszrutkoą, a potem kombinować. Brzmiało to jak dobry plan. Uzbrojony w tą wiedzę postanowiłem postać jeszcze chwilę i poczekać na marszrutkę do Shymbulak. Kolejne trzy przejechały, a kierowca każdej z nich pokazał, że nie ma miejsca. Ruszyłem, więc w drogę powrotną licząc, że może na dole będzie łatwiej.   






Widoki ze szczytu tamy.


 
I samo Medeu.
 




Poszedłem sobie jednak dłuższa drogą na około, bo te schody mi się zupełnie nie podobały. Zlazłem na dół, zlokalizowałem miejsce postoju busa i miejsce zakupu biletów. Okazało się jednak, że kolejka jest tak duża, że pewnie stałbym z godzinę. Ponieważ było już dobrze po południu postanowiłem ruszać do centrum. Z samego kompleksu Medeu jeździ w okolice centrum jeden autobus o numerze zdaje się 12. Okazało się, że ponieważ to była niedziela, mnóstwo ludzi wpadło na ten sam pomysł wycieczki co ja, skutkiem czego autobus był wypchany po brzegi. I to jest kolejna rzecz, której pojąć nie mogę. W autobusie było trzech pracowników: kierowca, konduktor i coś w rodzaju naganiacza. Goście najpierw upchali cały autobus ludzi, ruszyli, a następnie jeden z nich zaczął się przepychać przez całą długość autobusu zbierając opłatę. Ciekaw byłem czy nie można było tego zrobić wcześniej? Tym bardziej, że niemal wszyscy pasażerowie jechali do ostatniego przystanku, który okazał się znajdować zaraz przy kolejce na szczyt Kok-Tobe. Po drodze miałem obawy, bo był to zwykły autobus , przeciążony na pewno powyżej dopuszczalnych norm, a droga to nic innego jak górskie serpentyny. Ale udało się dojechać. Wysiadam na przystanku pod stacją kolejki i ruszam w drogę powrotna do hostelu. Zaopatrzyłem się w piwko i jedzenie i postanowiłem udać się odpoczywać, bo dzień był naprawdę intensywny i przeszedłem niemało kilometrów. Przynajmniej jak na siebie hehe. W hostelu urzędowała akurat dziewczyna, która mniej więcej znała angielski, więc postanowiłem dopytać się nieco o wycieczki do kanionu. Okazało się, że owszem, załatwiają. Koszt to około 50 dolarów. Problem w tym, że to nie sezon i wycieczki jeżdżą, ale tylko w weekendy: sobota i niedziela. Dziś mamy niedzielę… Fuck! No nic, nie można wiedzieć wszystkiego. Szkoda wielka, ale już pożegnałem się w myślach z tym kanionem, którego nawet nie wiedziałem… Dobra, los zdecydował za mnie. Jutro nie będzie kanionu, ale jezioro. Zjadłem obiad, wypiłem piwko i poszedłem spać, jutro pasuje wstać wcześniej.

Jakoś bardzo wcześnie wstać się nie udało, ale wyszedłem z hostelu po 9-tej, najedzony, zaopatrzony w zapas samsy i gotowy do działania. Poszedłem na niedaleki przystanek, poczekałem z 10 minut i podjechał właściwy autobus. Wsiadam i okazuje się, że nie wziąłem aparatu. Po prostu byłem już zebrany, postanowiłem umyć jeszcze zęby i wsadziłem aparat pod kołdrę, żeby nikogo nie kusiło. Wyszedłem i zapomniałem. Wiedziałem, że raczej nikt mi go nie zwinie, ale zdjęcia… Wysiadłem na następnym przystanku, pobiegłem do hostelu, chwyciłem aparat i znowu na przystanek. Trochę mi się spieszyło, bo autobus kursował co 20 minut i nie chciałem się spóźnić. Na szczęście równo po 20-tu minutach wpadam na przystanek i podjeżdża autobus. Taka akcja. Autobus jedzie prawie przez całe miasto, więc droga daleka. Po drodze lokalizuje jeszcze parę miejsc wartych zobaczenia. Przesiadam się na kolejny autobus i jadę dalej. Celem była miejscowość Alma-Arasan, a konkretnie punkt przed rozjazdem dróg pod bramą do Parku Narodowego Ile-Alatau. Wysiadłem jednak trochę za daleko, ale nadal na trasie i przed zjazdem. Postanowiłem łapać stopa, niestety samochodów jak na lekarstwo, a wszystkie, które jadą są wyładowane ludźmi w 100%. Postałem tak może z pół godziny i stwierdziłem, że tak to chyba nie da rady. Wróciłem się z 500 m do bram parku i postanowiłem się popytać miejscowych. Znalazłem jakiegoś gościa, którego córka gadała po angielsku, ale dowiedziałem się jedynie, że muszę zapytać się strażnika parku, bo niedawno coś się tam wydarzyło i droga była nieprzejezdna. Dobra. Idę się zapytać strażnika na bramkach. Gość mi tłumaczy, że droga faktycznie była zamknięta, ale już jest ok, tylko wjazd jest możliwy z jakimś pozwoleniem czy czymś tam. No to ja się go pytam: jak mam się tam dostać? Gość mówi, że ma jakiegoś znajomego, co ma taksówkę i jeździ. Strażnik dzwoni do jakiegoś gościa, rozmawia z nim chwilę i podaje mi telefon. Ja coś tam gadam, coś tam rozumiem, umawiamy się ze będzie za 15 minut, a koszt eskapady to 20 dolarów. Przeczytałem w necie, że tyle mniej więcej to ma kosztować, więc ok. Podziękowałem, siadłem na ławce i czekam na gościa. Powiem szczerze, że ten telefon poprawił mi znacznie samopoczucie. Obawiałem się jak to będzie z moim rosyjskim, bo jest on naprawdę kiepski. Nie mniej jednak dogadałem się, załatwiłem i byłem z siebie dumny. Po 15-tu minutach gość podjeżdża i jedziemy. Po drodze widoki wspaniałe, coś tam sobie konwersujemy. Kierowca jest bardzo ciekawy Polski i tego, jakie mamy tam ciekawe miejsca do zobaczenia. Konwersacja jest dość „kwadratowa”, ale myślę, że się w miarę rozumiemy. Po chwili okazuje się, że faktycznie. Jest jedno miejsce gdzie droga wygląda na zniszczoną, a nad jej odbudową pracują robotnicy. Mamy wydzielony jeden „pas” i nim przejeżdżamy. Nie wiem na ile to była ściema z tym zezwoleniem, ale przed wjazdem na remontowany odcinek faktycznie się zatrzymujemy i mój kierowca ostro pertraktuje z jakimś typem. Po około pół godzinie jesteśmy na miejscu. 










 Droga nad jezioro.









 I samo jezioro.
Widok przepiękny. Aż nie da się opisać słowami. Woda w jeziorze ma kolor błękitny, ale z jakimś takim „mlecznym” odcieniem. Nawet zdjęcia nie do końca oddają tą barwę. Trudno mi w jakikolwiek sposób sklasyfikować tą barwę. To jezioro oraz otaczające go czterotysięczniki, to był widok zapierający dech. Niesamowite, przepiękne i warte tych pieniędzy miejsce. Umówiłem się z kierowcą, że godzinę będzie na mnie czekał. Trochę zdjęć i trochę filmów zrobiłem. A potem po prostu usiadłem i chłonąłem ten wspaniały widok. Zapamiętam go do końca życia. Może kanionu nie zobaczyłem, ale to jezioro mi go zrekompensowało… Godzina minęła błyskawicznie. Wsiadłem, więc do taksówki i rozpoczęliśmy zjazd w dół. Widoki oczywiście nadal wspaniałe. Ponieważ miałem na dziś jeszcze dwa punkty do zobaczenia w Ałmacie poprosiłem kierowcę, żeby nie zawoził mnie do centrum, tylko wysadził zaraz przy wjeździe do miasta obok Parku Pierwszego Prezydenta. Dość nowoczesna to budowla. Byłby mega widoki na góry z tego miejsca, ale smog postanowił ujawnić się i nieco mi je zepsuć. Park zrobiony z wielkim rozmachem, ale tak naprawdę, nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Taki se ło… 




 Park Pierwszego Prezydenta.

Pomaszerowałem, więc dalej, łapać marszrutkę, która podrzuci mnie bliżej ścisłego centrum w pobliżu pomnika niepodległości, którego jeszcze nie wdziałem z bliska. Wysiadłem, więc w jego pobliżu, zdobiłem kila zdjęć, bo pomnik naprawdę mi się podobał. Generalnie jego otoczenie też było dość ciekawe: piękny pomnik i wysokie bloki mieszkalne. Dla mnie ciekawe połączenie. 




 Pomnik Niepodległości i jego otoczenie.

Teraz postanowiłem coś zjeść. Poszukiwania nie trwały długo, bo zaraz natknąłem się na budkę z samsą. Zakupiłem dwie i byłem już najedzony. Wróciłem do hostelu, nieco się ogarnąłem i postanowiłem udać się jeszcze na piwko. Już dwa dni temu rzuciła mi się w oczy pewna knajpka w okolicach zielonego bazaru. Postanowiłem ją odwiedzić, bo wydawała mi się bardzo sympatyczna. W środku oczywiście wystrój oszczędny… Zamówiłem piwko,  50 gram koniaku i okazało się, że za wszystko zapłaciłem 4,50… Niesamowite… Chwilę posiedziałem w knajpce, pokonwersowałem z barmanką która, miło wspominała jakaś ekipę z Polski, która gościła u niej na wakacjach. I to nie raz… Wiadomo, ceny przyciągają. Dopiłem trunki, podziękowałem, poszedłem do hostelu, zjadłem kolację i spać. Rano jedziemy do kolejnego kraju!

Poranek był taki jak codziennie: pobudka, spacer za róg po samsę, śniadanie, prysznic i w drogę. Jadę do Kirgistanu. Po drodze jednak musiałem kupić sobie słuchawki, bo moje poprzednie, które służyły mi tyle lat się rozleciały. Zaraz na ulicy trafiłem na odpowiednie stoisko, w którym pani oferowała takie artykuły. Kupiłem za 5 zł coś, co nazywane było przez panią sprzedawczynię „oryginalnymi słuchawkami Samsung”. Oryginalne to one na pewno nie były, zadanie jednak mniej więcej wykonywały. Z pomocą 2GIS, zlokalizowałem przystanek, wsiadłem w marszrutkę i po niecałych 20-tu minutach wysiadam pod dworcem autobusowym. Kupuję bilet (kosztował 1500 tenge, czyli niewiele ponad 15 zł), wsiadam w marszrutkę i czekam na odjazd. Jadę do Kirgistanu! Biszkek czeka! 

niedziela, 6 sierpnia 2017

Opowieści z Green Velo

Od poprzedniego wyjazdu minęło niemal 4 miesiące, czułem się już przymuszony do opuszczenia czterech ścian i zaburzenia monotonii: dom, praca, dom , praca… W sumie nie wiedziałem ile tego wolnego mi się ostatecznie uda załatwić. Ba! Nie wiedziałem na 100% czy to będą, choć dwa dni. W końcu jednak okazało się, że mam wolne aż sześć dni. Spakowałem się dzień wcześniej, polazłem do roboty na 16 godzin i o godzinie 8 rano dnia następnego załadowałem sakwy i wsiadłem na rower. 


Plan zakładał objechanie pętli podkarpackiej znanego szlaku Green Velo. Dzień wcześniej poszedłem do rzeszowskiej informacji turystycznej gdzie otrzymałem pokaźny pakiet materiałów informacyjnych. I to nie byle jakich: mamy mapę laminowaną (taką sobie), podręczny atlas (tu już więcej szczegółów) oraz kilka folderów z atrakcjami i propozycjami szlaków pobocznych. No na papierze wyglądało to naprawdę nieźle. Wiedziałem, że przede mną jakieś 450 km. Byłem tym faktem podekscytowany mocno, więc wsiadłem na rower i nacisnąłem na pedała. Trasę Green Velo mam pod samym domem, więc start nastąpił natychmiast. Kierunek obrany: Dynów. Jedziemy. Jedziemy, bo w pierwszy dzień i kawałek następnego jechała ze mną siostra. Musze tu napisać po raz kolejny: tak jak każdy, wątpiła, że da radę przejechać rowerem 100 km w jeden dzień. Oczywiście dała radę, więc powtarzam po raz kolejny: każdy może to zrobić. Jechaliśmy szlakiem rowerowym najpierw w kierunku Przylasku a potem dalej. Nie wiem czy ujechaliśmy 10 km, a już zgubiliśmy szlak. Po prostu dojechaliśmy do miejsca, w którym droga mniej uczęszczana wpadała do głównej. Mamy opcję w prawo albo w lewo i pozostaje jedynie rzucić monetą, bo oznaczenia szlaku brak. Dobrze, że miałem mapę, ale czyta się ją źle, bo cały szlak zaznaczony jest na niej dużymi kropkami, przez co nieraz niektóre szczegóły topograficzne umykają. Często też nie sposób stwierdzić, jaką drogą będziemy jechać: asfalt, szuter, czy droga polna. Pojechaliśmy, więc trochę „na czuja” i ostatecznie nadrabiając kilka kilometrów drogi ponownie trafiliśmy na Green Velo, ale tylko po to, żeby za moment je znowu zgubić. Tak nam minęła droga do samego Dynowa. 

Ładne widoki pojawiły się zaraz za miastem 



Zrobiliśmy sobie przerwę w Bachórzu, na stacji kolejki wąskotorowej gdzie postanowiliśmy przemyśleć dalsze działania. Szlak odbija jeszcze bardziej na południe i biegnie szczytami Pogórza Przemyskiego po lesie z daleka od Sanu. Ja chciałem jechać wzdłuż rzeki, bo ta opcja wydawała mi się ciekawsza. Poza tym chciałem zjeść jakiś lekki obiad nad Sanem, bo już po przejechaniu tych ponad 40 km nieźle zgłodniałem. Zrobiliśmy zakupy w pobliskim sklepie, odjechaliśmy może z 5 km od Bachórza i jakąś polną drogą dojechaliśmy nad San. Tam jedzenie, odpoczynek i po jakiejś godzinie ruszamy dalej. Kierunek: Przemyśl. 



Stacja kolejki wąskotorowej relacji Bachórz - Przeworsk 



Nad Sanem

Po drodze miałem w planie jeszcze dwa miejsca. Zauważyłem jednak na trasie znak „Zamek w Dubiecku” + strzałka. No to spoko, zobaczymy. Co się okazało: w Dubiecku jest coś w rodzaju małego dworku z restauracją dumne nazywanego „zamkiem”. Rzuciłem okiem i pojechaliśmy dalej. Następne w kolejności były zniszczone cerkwie. 

"Zamek" w Dubiecku

Pierwsza, którą chciałem zobaczyć znajdowała się w miejscowości Babice. Żeby ja zlokalizować musiałem zapytać miejscowego, który wskazał nam ścieżkę za czyjąś chałupę. I tak trafiliśmy do Cerkiewki Zaśnięcia Bogurodzicy. Tak z grubsza to trzyma się ona nieźle. Szkoda, że pozamykana na cztery spusty. Pewnie jakbym sobie pogadał z miejscowymi, to by się znalazł ktoś z kluczem, ale wolałem jechać na rowerze niż czekać na klucznika. Obejrzałem cerkiew z każdej strony. Lubię takie miejsca, bo zawsze wyobrażam sobie, że świat byłby takim pięknym i spokojnym miejscem gdyby każda świątynia na Planecie Ziemi obróciła się w ruinę. Porobiłem kilka fotek i ruszyliśmy dalej. W wiosce obok mamy kolejną cerkiew. Wioska nazywa się Krzywcza i tu nie trzeba było się wysilać, żeby znaleźć świątynię, bo znajduje się ona w samym centrum, przy głównej drodze na szczycie niewielkiego wzniesienia. Tym razem jest to cerkiew murowana Narodzenia NMP. Obfotografowałem, obszedłem dookoła i stwierdziłem, że fajna. Poprzednia lepsza, ale ta też miała swój post apokaliptyczny urok. 



Cerkiew w Babicy




Cerkiew w Krzywczy

Tu pojawiła się potrzeba kolejnej przerwy. Robiło się też mocno po południu, więc trzeba było już powoli myśleć o jakimś noclegu. Zrobiliśmy zakupy, w zasadzie wszystko oprócz piwa. Myślałem o tym, aby dojechać do Przemyśla i przespać się na polu namiotowym, pole jednak nie istnieje. Jakby kto pytał to ten nieistniejący kemping „działa” w necie pod nazwą „Camping Zamek”. Wpadłem, więc na pomyśl pojechania do wioski Brylińce, a następnie prosto na południową część fortyfikacji przemyskich, ale to już na dzień następny. Ruszyliśmy na azymut jadąc początkowo 10 km Green Velo. Potem kierunek nam się zmienił, bo my nadal na południe, a szlak na północ. We wiosce lokalizujemy sklep „u sołtysa”. Jego asortyment to: woda mineralna, napoje kolorowe typu cola, jakieś słodycze oraz piwo tatra i harnaś. Wziąłem cztery tatry. Ze łzami w oczach zapłaciłem po 3 zł za jedną. Jeszcze żeby były zimne… W każdym razie trzeba uzupełnić płyny, a co robi to najlepiej? Na trasie jeszcze poprosiłem jakąś babcie o wodę ze studni, minąłem ostatni dom we wiosce, a za nim rzeka i koniec drogi. Dalej polna ścieżka. Stwierdziłem, że może będzie ok i jakoś trafimy na naszą trasę. Droga była fatalna, ja z moimi oponami musiałem pchać. Jakoś po kilometrze stwierdziliśmy, że dość na dziś. Prześpimy się tu, a rano zdecydujemy, co dalej: czy pchamy rowery nadal tym piachem czy się wracamy. Znalazłem fajne miejsce w lasku na górce niedaleko rzeki.  Rozbiliśmy namiot, przygotowaliśmy jedzenie, a potem piliśmy piwo. W zasadzie „piwo”, bo nie pojmuję jak ten obrzydliwy napój, jakim jest tatra pils może komuś smakować. To jest tak wstrętne, że trudno mi sobie wyobrazić coś gorszego. Robię własne piwo i jak mi się kiedyś kompletnie nie udało to i tak było to lepsze od tego czegoś. Niemniej jednak napój podziałał. W końcu czułem się nawodniony, najedzony i gotowy do spania.

Biwak w okolicach wsi Brylińce

Mimo że położyliśmy się spać dość wcześnie to wstaliśmy dopiero o 8-mej. Trochę dużo tej drzemki. Zanim się ogarnęliśmy było już po 9-tej. Stwierdziliśmy, że jednak nie pchamy dalej rowerów tym piachem tylko wracamy do Green Velo i jedziemy na Przemyśl. Okazało się, że przed nami niezła górka, a dzień już był strasznie upalny, więc było ciężko. Przed południem jesteśmy w Przemyślu. Idziemy na wczesny obiad. Dorota ma za jakąś godzinę pociąg do Rzeszowa, a ja ruszam dalej w kierunku Bolestraszyc. 


Przemyśl

Green Velo łapie nad rzeką i już ruszam wzdłuż. Po chwili jestem w Bolestraszycach, ale do arboretum nie mam ochoty wchodzić. Udaje mi się jednak trafić na jedyny fort tego wyjazdu, a mianowicie Fort  XIII „San Rideau”. Naprawdę imponujące ruiny. 


Fort  XIII „San Rideau”

Trochę sobie po nich pochodziłem i jadę dalej. Trasę ogarniam trochę na pamięć skutkiem czego, zamiast w Stubnie ląduję w Sośnicy. Niby błąd niewielki, ale muszę się wracać, żeby nie robić kółka przez Radymno . Oczywiście Green Velo nie mogę zlokalizować. Tak beznadziejnie to jest oznaczone, że nie mam słów. Te znaki są stanowczo za małe, nie rzucają się w oczy i jest ich niewiele. Uważam, że strzałki pokazujące skręty powinny być zdecydowanie większe. Poza tym przy jakiś rozjazdach czy skrzyżowaniach powinny być znaki, które upewniają cię, że skręciłeś właściwie. Jest bardzo mało tak ustawionych znaków. I jeszcze jedno. Mapa jest tak skonstruowana, że nieraz jedziesz sobie szlakiem, dojeżdżasz do drogi i masz opcję w prawo albo w lewo, a mapa pokazuje prosto. Skutkiem czego trzeba szukać . Jest to męczące tym bardziej, że pytanie się miejscowych mija się z celem. Najczęściej nie kumają, że mają taki szlak przed nosem. Miałem dosłownie dwa razy przypadek, że pytałem o drogę i gość mi wskazał szlak wiedząc o co chodzi, ale to było w bardziej turystycznych miejscach. W każdym razie, metodą prób i błędów odnalazłem szlak, potem kładkę przez San i już byłem na właściwej trasie. Ze Stubna pojechałem dalej, mniej więcej szlakiem i zatrzymałem się dopiero w Chotyńcu, żeby zobaczyć cerkiew z listy Unesco. Ale najpierw walnąłem piwo pod sklepem i swoją osobą wzbudziłem niemałe zainteresowanie. Lubię te momenty podróży rowerowych, w których jednocześnie człowiek czuje się jak wariat i jak bohater. Tak na rowerzystów z sakwami patrzą na wioskach hehe. Po uzupełnieniu płynów poszedłem oglądać cerkiew. Ładna. Pojechałem dalej. 

Cerkiew w Chotyńcu

Cały czas wzdłuż granicy, kierowałem się na Horyniec Zdrój. Mniej więcej. Chciałem jednak w miarę możliwości trzymać się szlaku. Niestety zaraz przy autostradzie Green Velo wyprowadziło mnie w szczere pole. Dosłownie. Były znaki i pojawiło się pole. Wnerwiłem się, bo musiałem się wracać kilka kilometrów… Niby miałem nie jechać już w tym dniu szlakiem, ale jakoś ponownie na niego wpadłem i pojechałem sobie całkiem przyzwoitą drogą przez las. Wylądowałem w okolicach wsi o wdzięcznej nazwie Krowica Hołodowska, w której zrobiłem zakupy i obaliłem piwo pod sklepem po raz kolejny zostając bohaterem dnia i sensacją na klika lat hehe.  Zdecydowałem, że trzeba szukać noclegu. Miałem już w nogach około 100 km. Nieuchronnie zbliżałem się do granicy i nie chciałem spać zaraz obok. Wyjechałem, więc za wioskę i znalazłem przyjemne miejsce obok pola kukurydzy. Ogarnąłem obozowisko, siebie i relaksowałem się przy w miarę zimnym piwie.

Obóz drugi

Namiot postawiłem sobie tak, żeby od rana świeciło na niego słońce. Po co? Po pierwsze: szybko wyschnie, po drugie: ciepło nie pozwoli mi spać. Budzik maiłem nastawiony na 6.30, ale obudziłem się i tak wcześniej, skutkiem czego o 7-mej już byłem na trasie. Niestety bez śniadania, bo miałem tylko czerstwy chleb i pasztet z biedronki. Napierdzielałem przed siebie jak szalony, bo marzył mi się zimny napój i świeże pieczywo. Po drodze był jednak jedynie las i zadupia po pięć chałup na krzyż. Po drodze trafiła się jeszcze jedna cerkiewka z listy Unesco . Cerkiew w Radrużu jakoś mnie jednak nie zachwyciła i pojechałem dalej.


Cerkiew w Radrużu

Po jakiś 20 km byłem w Horyńcu Zdroju. Tam najadłem się i napiłem do syta, uzupełniłem zapasy wody i dalej w drogę. Pojechałem najpierw na Werchratę, a potem na Narol. W Narolu byłem przed południem i tym samym miałem już na liczniku ponad 50 km. Dalej azymut był dość prosty. Jechałem na Zwierzyniec . Po drodze zrobiłem sobie popołudniową przerwę w miejscowości Susiec, bo temperatura była iście tropikalna. Potem pojechałem do Józefowa, w którym zjadłem obiad. Wyjeżdżając z miasta trafiłem przypadkowo na Green Velo. Skoro trafiłem to jadę. Niestety po 3 kilometrach wylądowałem na piaskowej drodze, którą nie dało rady jechać… Znowu musiałem się wracać. Po raz kolejny twórcom trasy zabrakło nieco wyobraźni, bo powinni wiedzieć, że rower na szosę to trochę co innego niż rower górski i pasowałoby zaznaczyć na mapie odcinki przeznaczone wyłącznie dla rowerów górskich. Wróciłem się, więc do głównej drogi i już tą trasą dotarłem do Zwierzyńca. Tu stuknęło 100 km, więc postanowiłem zakończyć jazdę na ten dzień. Wpadłem do miasta i pojechałem od razu do browaru na piwko. Znakomitego witbiera wypiłem dosłownie na dwa łyki i udałem się na pole namiotowe. Potrzebowałem prawdziwego prysznica. Kemping „Echo” ma przyzwoitą cenę, godne warunki i jest zaraz koło centrum. Rozbiłem namiot, wziąłem zimny prysznic, który wcale nie był zimny i poszedłem kontynuować uzupełnianie płynów do browaru. Wypiłem jeszcze dwa i poczułem już lekko w czubie, więc w ramach wytrzeźwienia przeszedłem się nad stawy Echo i na taras widokowy. Tłumy ludzi na stawach skutecznie zniechęciły mnie do zostania tam na dłużej. Wycofałem się na „już ostatnie” piwko, potem poszedłem po zakupy i „do domu”. Zjadłem kolacje i postanowiłem iść spać, bo rano planowałem znowu wstać wcześnie.  Zbierało się na burzę…

Nie spadła jednak ani kropla deszczu. Ponownie słońce obudziło mnie przed budzikiem. Zwinąłem więc manatki, wziąłem prysznic, zjadłem skromne śniadanie i ruszyłem dalej. Do Rzeszowa miałem jakieś 130 km. Nie wiedziałem czy dojadę czy nie, ale postanowiłem się za bardzo nie forsować. Po chwili byłem już w Biłgoraju. Nie do końca wiedziałem gdzie jechać, bo znaki były tylko na Przemyśl lub Lublin. Analizuję mapę i podjeżdża do mnie jakiś dziadek. Plan miałem taki, że jadę za główną, zobaczę, jaki będzie ruch. Jak duży to skręcam w wiejskie drogi. Dziadek jednak uparcie ciągnie mnie w swoją stronę tłumacząc, że tam będzie najlepiej. Prowadzi mnie na jakaś ścieżkę rowerową, ale czemu w przeciwnym kierunku? Postanowiłem się zatrzymać i popatrzeć na mapę, a gość: „że po co patrzę, że on mi pokaże”. No wkurzyłem się. Widzę, że cięgnie mnie na Green Velo, a ja nie chcę nią jechać. Moje argumenty na dziadka nie działają, więc po prostu zawracam i macham mu z daleka dziękując , choć nie wiem za co. Co za upierdliwy gość, w sumie pewnie chciał dobrze, ale był dziwny. Pojechałem już w swoją stronę, trafiłem na drogę i jadę. Ruch jednak duży, więc w połowie drogi Biłgoraj –Tarnogród, zjeżdżam w prawo i postanawiam jechać wioskami. Jest trochę kluczenia, ale trasa przyjemna, zero samochodów. Dwa razy ląduję na szutrowej drodze, ale w końcu jestem we wsi Jastrzębiec, skąd już prosta droga na Leżajsk. W Jastrzębcu robię sobie chwilę przerwy pod sklepem. Dwóch miejscowych pijaczków strasznie jest ciekawych roweru, który „musi chyba sam jechać”. Zjeżdżam jednak z głównej drogi na Kuryłówkę, bo trasą równoległą, ale nieco na około będę przejeżdżał koło zalewu w Ożannie. Ochłodzenie by się przydało, ale jak zajeżdżam na miejsce widzę przed sobą nieco większą kałuże, oblężoną przez Sebastiany, Kariny, Janusze i Grażyny z okolicznych powiatów. Stwierdziłem stanowczo: „wolę śmierdzieć” i jadę już prosto do Leżajska. Tam przypadkowo trafiłem pod browar. W Leżajsku jednak nie ma jakiegoś muzeum czy choćby knajpy do degustacji piwa wprost z linii produkcyjnej, więc zawróciłem. Dobrze jednak wiedzieć, że to piwo może faktycznie pochodzi z tego miejsca. W centrum miałem coś zjeść, ale nic ciekawego z trasy nie wypatrzyłem, wyjechałem, więc za miasto i zatrzymałem się w restauracji „Stokrotka” w Giedlarowej. Zamówiłem potężnego burgera i piwko 2%. Nie chciałem pić zwykłego, bo czekała mnie trasa po głównej drodze. Posilony, nawodniony ruszyłem dalej. Mimo że droga główna, to ruch prawie żaden. Upał za to leje się z nieba. Przez te 27 km do Łańcuta wypiłem 1,5 litra wody. Dwie puszki Coca Coli i oranżadę. W Łańcucie byłem już wykończony, wypiłem kolejne piwo marki radler i ruszyłem dalej. Byłem bardzo blisko wakacyjnego domu rodziców. Wpadłem, więc na późny obiad i po posiłku pokonałem ostatnie 25 km do domu.



Tym razem podsumowanie będzie nie tyle dotyczyło samego wyjazdu, co idei. Idei Green Velo.
Uważam, że idea jest ze wszech miar słuszna. Pomysł ktoś miał fantastyczny, zainwestowano w ten szlak naprawdę kupę pieniędzy, które w sumie nie wiem gdzie się podziały. Koszt to ponoć prawie 300 milionów złotych. Gdzieś znalazłem, że koszt budowy 1 km ścieżki tylko dla rowerów to w okolicach 450 – 500 tyś zł. Licząc już mocno naokoło mielibyśmy za to 600 km ścieżki rowerowej tylko dla jednośladów z pedałami, a tak mamy w sumie gówno. Ścieżki rowerowe są tylko w miastach i żeby było jeszcze dziwniej to te ścieżki przeważnie już były, gdy wyznaczano Green Velo. Ścieżki te budowały miasta lub co zamożniejsze i bardziej turystyczne gminy. Green Velo ścieżkami rowerowymi prowadzi może w 1% (to jest założenie optymistyczne).  A tak to są drogi wiejskie, leśne, szutrowe, ale praktycznie żadne nie były budowane specjalnie pod ten szlak. To ja się, więc pytam gdzie jest ta kasa? Za te pieniądze można by wybudować ścieżkę rowerową z Gdyni do Rzeszowa... No prawie, ale zaokrąglamy. I w takim przypadku mielibyśmy trasę rowerową jak na zachodzie. Do tej pory wspominam rowerowe wojaże po Austrii. To jest raj dla rowerzystów. Specjalne ścieżki prowadzą dziesiątkami kilometrów miedzy miastami. Są przy mich bary restauracje, noclegi, nawet schrony na wypadek nagłego noclegu. Jest wszystko. A u nas mamy zwykle drogi, ze zwykłym ruchem drogowym. Miejsca odpoczynku rowerzystów umiejscowione zwykle w jakiś zadupiach, ale w sumie fajnie, że są choć ja nie korzystałem. I to, co mnie wnerwiało najbardziej: niesamowicie kiepskie oznaczenia. Znaki niewidoczne, mało czytelne, bardzo łatwe do przegapienia. Często oznaczenia na mapie i w rzeczywistości mijają się ze sobą. Niemniej jednak uważam, że idea zasługuje na pochwałę. Szkoda, że wykonanie jak zwykle po Polsku: na skróty, po łebkach i „jakoś to będzie panie kierownik”. I żeby nie było: nie jest to jedynie moja opinia. Postanowiłem na tym wyjeździe zebrać zewsząd informacje. Pytałem się każdego napotkanego sakwiarza, co myśli o Green Velo i najlepsze podsumowanie dał mi leciwy pan spotkany jakoś za Bolestraszycami: „Chciałem jechać Green Velo, ale po kilkudziesięciu kilometrach zrezygnowałem, szkoda czasu na szukanie trasy, bo gubimy zabawę z jazdy…”. Amen.


Polecam się jednak zainspirować. Na rowerze warto jeździć na długie dystanse, bo to zawsze przygoda jedyna w swoim rodzaju.  I pamiętajcie: skoro taki grubas jak ja daje radę, to KAŻDY da radę.